Ile PKB tracimy w aptekach?

Czy ktoś kiedyś policzy, ile czasu tracimy, ile paliwa wypalamy, na wielokrotne, bezsensowne wizyty w aptekach?

Nie macie Państwo wrażenia, że coraz częściej wizyty w aptekach – i to zarówno tych sieciowych, jak i mniejszych, prowadzonych przez niezależnych właścicieli – przypominają wizyty w placówkach Poczty Polskiej?

Stoimy w ogonku, podajemy receptę, pani sprawdza coś w komputerze, wczytuje się, sprawdza w książce, znowu sprawdza w komputerze, idzie do koleżanki, naradzają się i wreszcie wydają wyrok: „tu lekarz się pomylił”, albo „tu lekarz niewyraźnie napisał”, albo „tu refundacja się nie zgadza”. Ogonek kolejki się wydłuża, bo klient zaczyna się awanturować, narady farmaceutek trwają. Oczywiście najlepiej by było, gdyby klient udał się ponownie do lekarza, stracił cenne godziny i wypalił drogie paliwo, aby lekarz „prawidłowo wypisał refundację”.

Ale kogo w dzisiejszych czasach, poza emerytami i osobami naprawdę chorymi lub biednymi, stać na to, aby stracić kolejny dzień na kolejną wizytę u lekarza? Klient płaci więc pełną cenę za lek i odchodzi wściekły. I ma prawo być wściekły, bo przecież płaci podatki i refundacja z państwowej kasy – tańszy lek – należy mu się jak psu micha. Cóż, skoro dziwnym trafem od początku roku tak zmieniono przepisy, że ludzie zapracowani wolą zapłacić pełną kwotę, niż kolejne godziny handryczyć się na linii lekarz-aptekarz.

Znów trzeba iść do apteki? Mdleję, doktora… (fot. Flickr CC by Kojach)

Oczywiście aptekarze zaraz zaczną się bronić, że to nie ich wina, to wadliwe przepisy wprowadzone w styczniu. I będą mieli rację, gdyby nie drugi przypadek, który wygląda tak…

Odstawszy swoje podchodzimy więc do okienka, podajemy swoją receptę a tu – zonk! – pani mówi, że leku nie ma i może być wieczorem. „Albo jutro. Zapraszamy po odbiór”. Dziwnym trafem kremów przeciwzmarszczkowych Vichy, Apapów i Ibupromów, magnezów, bzdurnych lub nic nie dających witamin i minerałów nigdy nie brakuje (być może dlatego, że ich handlowiec wie, że jak się klient rozmyśli i nie musi, to już nie wróci…).

– Utrzymujemy minimalne zapasy, mamy tylko te leki, które szybko rotują – tłumaczy mi kierownik apteki. Rozumiem, że może mu brakować drogiego specjalistycznego leku na chorobę Hashimoto, ale popularny antybiotyk dla chorego dziecka? I nie, nie mogę sobie poczekać do jutra, dziś nawalają mi oczy, dziś muszę skończyć tekst, dziś potrzebuję tych kropli, więc jeżdżę po okolicznych aptekach, dzwonimy, dopytujemy, może mają gdzie indziej. Komunizm to czy kapitalizm? – Jest kryzys, trzymamy w zapasach coraz mniej – mówi kolejny kierownik.

Czy ktoś kiedyś policzył, ile czasu, ile wyjeżdżonej benzyny tracimy w ten sposób bez sensu? Jaki wpływ mają polskie apteki na pogłębianie naszego kryzysu, na spadek PKB?