Akcja inwigilacja, czyli Google Street View

Wyszukiwarka Google uruchomiła opcję Street View na mapach największych polskich metropolii.

Teraz można obserwować je nie tylko z satelity, ale przenieść się na poziom chodnika i odbyć wirtualny spacer po Marszałkowskiej czy Rynku w Krakowie. Pierwszego dnia wszyscy rzucili się, aby sprawdzić, czy „ich dom też tam jest”. Zaraz potem posypały się protesty, że narusza to prywatność i w ogóle permanentna inwigilacja. Swoje zastrzeżenia zgłasza m.in. Fundacja Panoptykon.
Ostatecznie ulubionym sportem internautów stało się wypatrywanie tych miejsc, w którym automat Google się pomylił, bo aby uprzedzić ewentualne zarzuty system komputerowy zamazuje w Street View twarze mijanych przechodniów oraz numery rejestracyjne samochodów. Automat, jak to automat, bywa omylny – w sieci zaroiło się od zdjęć modelek na reklamach, których twarze ukryto, kontenera na śmieci, który został przez system uznany za samochód, tudzież zanonimizowanego dorożkarskiego konia.

Karierę zrobił też funkcjonariusz stołecznej Straży Miejskiej, który został unieśmiertelniony w momencie zatrzymywania do kontroli auta, na którym jechały kamery Google. A we Francji sikający do rowu mieszkaniec jednej z wsi, którego podpatrzył cały świat, domaga się ogromnego odszkodowania.
Anonimowy kosz na śmieci
Anonimowi bohaterowie serialu Rodzina Borgiów, zdjęcie pożyczone od Fundacji Panoptykon