Superpremia za Stadion Narodowy – skandaliczna czy logiczna?

W awanturze o superpremię Rafała Kaplera, byłego prezesa Narodowego Centrum Sportu (Stadion Narodowy) nie chodzi o te pół miliona złotych, ale o ludzkie wkurzenie na społeczne rozwarstwienie.

Świat biznesu też ma swoje telenowele i od kilku dni największą widownię przykuwa tzw. „superpremia” Rafała Kaplera, który odszedł ze stanowiska prezesa Narodowego Centrum Sportu (a więc spółki, która zbudowała w Warszawie Stadion Narodowy). Stadion stoi, ładny jest. Zdaje się, że na Euro 2012 – przynajmniej w Warszawie – kompromitacji nie będzie. Więc prezes odchodząc z pracy mówi „to ja poproszę tę premię, którą mi obiecaliście w kontrakcie”. I zaczyna się awantura, bo Naród za Narodowy wdzięczności nie okazał. Gdy dowiedział się, że prezesowi (oprócz normalnej, prawdopodobnie prezesowskiej pensji) należy się zgodnie z umową 570 tys. zł premii, to się wściekł. Natychmiast przypomniano prezesowi, że stadion oddano z półrocznym poślizgiem, że w trakcie budowy było trochę niedociągnięć (pamiętacie schody?), a do tego sam stadion wciąż jeszcze poddawany jest poprawkom i nie wykluczone, że 100-proc. sprawności osiągnie dopiero na Euro (a może nawet i po…).

Powszechne społeczne oburzenie wyraził nawet Donald Tusk, który obiecał, że najlepsi prawnicy przeanalizują kontrakt prezesa Kaplera, czy koniecznie państwo tę kasę musi mu wypłacać.

Cała awantura uświadamia – po raz kolejny – dwa fakty. Po pierwsze, że bycie prezesem to w Polsce zawód wysokiego ryzyka. Po drugie – że bycie prezesem na państwowej posadzie to już w ogóle stąpanie po kruchym lodzie. Ale teraz włożę kij w mrowisko…

Ile powinno się dostać za zbudowanie w takim tempie takiego obiektu w prywatnym biznesie? fot. Krystian Trela, (c) Narodowe Centrum Sportu sp. z o.o.

Bo czy nie jest to trochę tak, że jednak prezes Kapler na (jakąś) premię zasłużył? Stadion stoi. Czy gdyby Stadion Narodowy był w pełni „prywatnym” projektem, budowanym z pieniędzy nie-państwowych, przez kompletnie prywatną spółkę, to czy menedżer takiego przedsięwzięcia, który zrealizował je w takim tempie, zarabiałby mniej i dostał mniejszą premię? Czy prezesi spółek, którzy błyskawicznie budują w Polsce centra handlowe dla Auchan czy Reala, stawiają w 2 tygodnie hale dla Lidla, czy magazyny pod Strykowem, – tam też zdarzają się opóźnienia i niedociągnięcia – zarabiają grosze? Raczej nie, choć nikt się z tym nie afiszuje, bo wszystkich zainteresowanych obowiązuje klauzula tajności.

Problemem prezesa Kaplera jest więc to, że tę premię miał dostać na państwowej posadzie. I to przypomniało nagle wszystkim pracującym na państwowych posadach, że przy swych zarobkach 2 tys. zł miesięcznie, na tę kwotę muszą pracować około 20 lat (przy średniej krajowej 4 tys. brutto – 12 lat). Prezes Kapler dostał ten bonus za cztery lata pracy.

Publiczne rozjeżdżanie każdego, kto na państwowej posadzie dobrze zarabiana dłuższą metę skutkować będzie tylko tym, że wszyscy fachowcy pójdą pracować w prywatnym biznesie, a państwo, zamiast fachowców, będzie zatrudniało miernoty. Czy gdyby prezes Kapler dostał zamiast pół miliona „zaledwie” 200 tys. premii, Naród by też się wściekł? A 100 tys.? Pewnie też. Czy gdyby nie była to kwota dla większości zarabiających 2 tys. zł Polaków astronomiczna, Naród by się wściekł? Raczej nie. Problemem w sprawie prezesa Kaplera jest przede wszystkim to, że po raz kolejny brutalnie nam – społeczeństwu – uświadomiono społeczne rozwarstwienie. Że są tacy, którzy zarabiają krocie i większość, która ledwo dociąga „do pierwszego”. Jakby wszyscy zatrudnieni przy budowie Stadionu Narodowego zarobili 2 razy więcej, jakby wszyscy urzędnicy, pracownicy… (tu wstaw swoje stanowisko pracy) zarobili więcej, może premia prezesa Kaplera tak by nie wkurzała.