Marzenie o e-służbie zdrowia

Ile z corocznych awantur na linii rząd-lekarze-pacjenci i media dałoby się uniknąć, gdyby w polskiej służbie zdrowia choć trochę wykorzystywano nowoczesne technologie.

Na pewno znacie taką scenkę – podajecie pani w aptece wymiętą receptę, która z lupą odcyfrowuje nabazgraną przez lekarza nazwę specyfiku. Następnie otwiera książkę o gabarytach i wadze pustaka Porotherm, aby odnaleźć tam jakąś szczegółową informację dotyczącą refundacji albo gramatury. A to tylko końcówka systemu, na który składają się tony papierów, wypełnianych przez lekarzy, NFZ, hurtownie farmaceutyczne.

Raz do roku, a konkretniej na przełomie grudnia i stycznia  – i to właśnie obserwujemy od kilku dni – system ten się zacina. Rząd chce coś zmienić, lekarze i / lub aptekarze protestują, koncerny farmaceutyczne wydają setki tysięcy złotych na działania PRowskie i lobbing.

Media pokazują emerytkę Czesławę z przykładowego Lubiąża, która pyta „jak żyć”, a pozostali pacjenci, choć nie poddają się panice, na pewno są zdenerwowani, na pewno częściej odsyłani z kwitkiem od okienka do okienka. Premier uspokaja w telewizji, minister zdrowia łyka Xanax albo coś innego na wyciszenie.

A przecież można by to wszystko zorganizować prościej.

Gdzieś tu musi być Vicodin zapisany przez dr House’a (źródło: Flick CC by e-MagineArt.com)

Gdyby tylko na każdym etapie żmudnego procesu leczenia chorób zaangażować komputery, w które wpisywałoby się odpowiednie dane, a dane te byłyby gdzieś zbierane i przetwarzane.

Dane komputerowe mają trzy miłe cechy. Po pierwsze – dadzą się zapamiętywać. A więc historia chorób, branych leków, wykonywanych badań i ich wyników byłaby kilka kliknięć od każdego lekarza. Po drugie – dają się łatwo porównywać. W ten sposób szybko mogłoby się okazać, gdzie w systemie są dziury, dlaczego niektórzy lekarze wypisują podejrzanie dużo leku x lub y. Po trzecie – ich przetwarzanie może dać wymierne korzyści (cięcie kosztów, likwidacja nadmiernych zapasów, lepsza dystrybucja towaru). Bo leki – tak ostatecznie – to jest produkt taki sam, jak czekolada czy wołowina.

Wielki biznes od lat wdraża systemy informatyczne, gdyż ma nadzieję, że to pozwoli lepiej kontrolować wydatki, co ostatecznie przekłada się na efektywność i zyski. Na świecie działa co najmniej kilkanaście dużych firm, które zajmują się gromadzeniem i przetwarzaniem danych medycznych. Taka na przykład IMS Health w USA jest w stanie w ciągu kilkunastu sekund odpowiedzieć na pytanie jakie leki zapisali dziś lekarze w Ameryce, co w tym sezonie łykają pacjenci na anginę i której szczepionki zapasy zaczynają niebezpiecznie się kurczyć.

Z usług takich firm (prywatnych) korzystają ministerstwa zdrowia, firmy farmaceutyczne, szpitale, sieci aptek, ubezpieczyciele, którzy ostatecznie pokrywają sporą część kosztów służby zdrowia. W ten sposób – na świecie się oszczędza.

Polska służba zdrowia – choć jest to biznes na ogromną skalę – od lat żadnych poważnych systemów informatycznych nie wdrożyła. Oficjalnie dlatego, że nie ma na to pieniędzy. Jak pisze Paweł Walewski w swym komentarzu – każda ze stron ma w tym sporze swe interesy >>. Być może właśnie dlatego.