Intelektualista – zawód coraz słabiej opłacany

Doktor Zygmunt Freud brał za jedną wizytę równowartość dzisiejszych 2,5 tys. zł, zaś poczytny miesięcznik płacił za tekst równowartość miliona dolarów. Popłaczmy nad intelektualistami, którzy niedługo będą zarabiać mniej niż hydraulicy.

Dziś będzie nostalgicznie, ale tak jakoś mnie wzięło po świątecznych lekturach. Ciekawy esej o przyszłości prasy – optymistyczny, co nie bez znaczenia – popełnił periodyk „Columbia Journalism Review” (CJR)

Jego autor zaczyna od przypomnienia sylwetki Idy M. Tarbell, pionierki amerykańskiego dziennikarstwa śledczego, która na początku XX wieku przez wiele lat opisywała działalność imperium finansowego Johna D. Rockefellera oraz jego firmy naftowej Standard Oil Company. Dziennikarskie teksty Tarbell stały się przyczynkiem do ogólnonarodowej debaty o roli prywatnych monopoli w USA oraz zaczynem narodzin amerykańskiego prawa anty-trustowego. Autor eseju w „CJR” opisuje jednak, że zanim pani Tarbell „wzięła na warsztat” fortunę Rockefellera, przez kilka miesięcy robiła wstępny research, a potem przez kilka kolejnych towarzyszyła swemu wydawcy (i właścicielowi pisma „McClure’s Magazine” w którym pracowała) w podróży po szwajcarskich kurortach, włoskich ośrodkach Spa, greckich wyspach na Morzu Śródziemnym. Musieli po prostu sprawę gruntownie przedyskutować, zanim doszli do wniosku, że temat wart jest dziennikarskiej uwagi.

Oczywiście mogli sobie na to pozwolić, również finansowo. Miesięcznik o profilu ogólno-społecznym „McClure’s Magazine” sprzedawał się w rekordowym jak na owe czasy nakładzie 400 tys. egzemplarzy (dziś to marzenie wielu gazet, choć na przykład ziszcza się niemieckiemu tygodnikowi „Der Spiegel”). Zaś sama gazeta płaciła za teksty swym dziennikarzom równowartość dzisiejszego… miliona dolarów.


Tzw. newsroom w brytyjskiej gazecie „The Daily Telegraph”, w czasach, gdy jeszcze sporej części dziennikarzy z niej nie zwolnili… fot. Flickr CC by antony_mayfield.

Z kolei w tekście o Zygmuncie Freudzie, który opublikowała świąteczna „POLITYKA” można przeczytać, że twórca psychoanalizy za jedną konsultację brał, bagatela, równowartość dzisiejszych 2500 zł.

Nie da się ukryć, że coraz gorzej opłacanym, coraz więcej pracującym i bardziej obciążonym dziennikarzom, autorom, tłumaczom, literatom, dramaturgom, ale też lekarzom, naukowcom, biologom, prawnikom czy wykładowcom akademickim, takie przykłady tylko otwierają nóż w kieszeni. Człowiek, który dziś pracuje w branży – nazwijmy ją umownie intelektualną – musi włożyć znacznie więcej wysiłku, oddania i czasu, aby osiągnąć finansowo podobną pozycję, co jego koledzy po fachu przed stu laty.

Ten sam autor z „CJR” przywołuje zresztą również wyniki badań, z których wynika, że pod koniec lat 90. trzystuosobowy zespół gazety „Wall Street Journal” płodził rocznie 22 tys. tekstów, podczas gdy dekadę później, zespół zmniejszony o 25 proc. wytworzył już 40 tys. materiałów.

To najlepiej świadczy o wzroście efektywności (czasem za wszelką cenę), jaki następuje w zawodach dziennikarskich. A mówimy tu o gazecie „Wall Street Journal”, stosunkowo zamożnej, której internetowa strona od dawna pobiera od użytkowników opłaty (a są nimi głównie pracownicy branży finansowej, którzy puszczają ją sobie w koszty albo dostają dostęp „służbowo”). Uwierzcie mi Państwo, że w gazetach mniej zamożnych ta presja na efektywność jest jeszcze większa. Nie wpływa to oczywiście na możliwość przemyślenia tematu, dogłębnej analizy informacji i przystępnego ich podania, a za to przecież ostatecznie płaci – i tego oczekuje – odbiorca mediów.

Nie potrafię niestety odpowiedzialnie powiedzieć, z czego wynika owa pauperyzacja zawodów inteligenckich. Z punktu widzenia czysto ekonomicznego może to na przykład oznaczać, że mamy do czynienia ze znaczną nadpodażą pracowników „umysłowych” na rynku…  Może Państwo – w swych niezawodnych komentarzach – mi dopomożecie?