Rząd obiecuje zniesienie pozwoleń na budowę. Znowu.

Tasiemcowy serial pt. „Zniesienie pozwolenia na budowę” wykazuje wiele podobieństw z telenowelą „M jak miłość”. Wszystko wskazuje na to, że i jedno, i drugie zniknie dopiero wtedy, gdy rzeczywiście straci jakąkolwiek rację bytu.

Przyznaję, że rozbroił mnie tekst opublikowany ostatnio w „Wyborczej”, który donosi, że zniesienie pozwoleń na budowę jednak jest możliwe (choć od razu asekurancko dodaje, że najwcześniej w 2013 roku…).

Oto Ministerstwo Budownictwa, Transporu i Gospodarki Morskiej, obsadzone przez ministra-kamikadze Sławomira Nowaka, z impetem reanimuje projekt ostatecznego zniesienia tej uciążliwej procedury budowlanej. Według zapowiedzi resortu, w przypadku budowy małych obiektów (takich jak np. domy jednorodzinne) inwestor będzie musiał jedynie złożyć stosowną dokumentację, a projekt musi być zgodny z lokalnym planem zagospodarowania przestrzennego. Jeżeli przez miesiąc urząd nie zgłosi weta (a zapewne nie zgłosi, bo rozpatrywanie tych spraw trwa standardowo co najmniej kilka miesięcy), budowę można rozpoczynać. Również w przypadku deweloperów stawiających osiedla cały proces ma ulec znacznemu skróceniu. Za budowanie wbrew miejscowym uwarunkowaniom będzie odpowiadał architekt i kierownik budowy, zaś sąsiedzi będą mogli poszukiwać sprawiedliwości w sądzie (co jednak nie będzie wstrzymywać inwestycji, o ile sąd nie postanowi inaczej).

Przyznam szczerze, że przeczytawszy to spadłem z resztek fotela. Hasło „znoszenia pozwoleń na budowę” rzucił po raz pierwszy rząd Prawa i Sprawiedliwości, będzie już z 7 lat od tamtej pory. Potem nowy rząd PO-PSL z impetem miał to przeforsować jako sztandarowy projekt komisji Palikota „Przyjazne Państwo”. Gdy pełen entuzjazmu rozmawiałem wtedy z prezesem jednego z branżowych stowarzyszeń, powiedział mi tylko: Panie Piotrze, niech się pan tak nie napala, nikomu na tym nie zależy, a już najmniej urzędnikom.

Wtedy mu nie wierzyłem, teraz widzę, że chyba miał rację.

Plac budowy w Hong Kongu, tam przynajmniej nikt nie przejmuje się sąsiadami, szczególnie gdy są biedniejsi… Oczywiście tego nie popieramy. fot. Flickr CC by Ding Yuin Shan

Lokalni urzędnicy mają po prostu zbyt wiele interesów w tym, aby proces budowlany maksymalnie przedłużyć, aby biurokrację rozdąć do niemożebnych rozmiarów. Zawsze przecież można po godzinach doradzać co bardziej zdeterminowanemu inwestorowi. Inne grupy zawodowe – architekci, urbaniści – też nie chcą być pozbawieni możliwości pisania intratnych opinii. Ten interes musi się przecież kręcić. Paradoksalnie grupą zawodową zagrożoną „zniesieniem przez rząd pozwoleń na budowę” są nawet dziennikarze, od lat piszący o temacie, którzy łącznie zainkasowali już za to całkiem niezłą wierszówkę (sam do nich poniekąd należę ;-).

„Znoszenie pozwoleń na budowę” zawsze wraca po wyborach i w kampanii przed kolejnymi, prace ruszają z kopyta, a potem jest tyle głosów przeciwnych, tyle konferencji samorządowców bijących na alarm, tyle wątpliwości, dysput i debat, że wszystko to rozwadnia się, rozpływa, znika. Przecież już był postęp – zniesienie pozwoleń w gminach, gdzie są plany zagospodarowania przestrzennego (PZP). Tyle, że większość gmin w Polsce ich nie posiada (bo jest to w interesie urzędników). Stąd decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania (tzw. „wuzetka”), a jej uzyskanie trwa nawet kilkanaście miesięcy, wciąż wszystkich obowiązuje, choć już pod inną nazwą.

Teraz resort Sławomira Nowaka zapowiada, że „wuzetka” nie będzie wymagana – do rozpoczęcia budowy wystarczą tzw. studia zabudowy i zagospodarowania przestrzennego (czyli taki wstępny PZP). Czy jednak znów nie usłyszymy protestów architektów i budowlańców, którzy według projektu nowego prawa będą ponosić większą odpowiedzialność? Wystarczy też wyobrazić sobie ową enigmatyczną kontrolę sądu, w której przy każdej skardze od sąsiadów będzie on niejako „z automatu” wydawał decyzję o wstrzymaniu budowy (tak na wszelki wypadek). Zagrożeń jest sporo. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że Sławomir Nowak, który już rozpoczął energiczne sprzątanie w nowo-objętym ministerstwie zapatrzy się intensywnie w swego politycznego pryncypała Donalda Tuska. I że postanowi przeforsować swój pomysł „bez względu na wszystko”. Trzymajmy kciuki.