Tusk, podatki i pułapka Anty-TINY

Jeżeli premier zrealizuje swe zapowiedzi podatkowe, uderzy po kieszeni najtwardszy elektorat Platformy. Czy ci wyborcy przyjmą to ze zrozumieniem?

Wiele uwagi w mediach poświęcono ostatnio metamorfozie Jarosława Kaczyńskiego, który w trakcie kampanii prezydenckiej był niczym gołąbek pokoju, a teraz wrócił do swego dawnej, autorytarnej i nie znoszącej sprzeciwu formy. Przemiany prezesa PiS zajęły tyle miejsca, że nikt nie zauważył jak bardzo zmienia się język nie tyle samej Platformy, co jej lidera Donalda Tuska. Mówiąc szczerze – ja sam od kilku miesięcy słucham jego wypowiedzi z rosnącym zdziwieniem. Poniedziałkowy występ premiera w programie telewizyjnym Tomasza Lisa jest dobrym przykładem. Tusk zaatakował m.in. dziennikarzy, którzy zarabiają bardzo (zbyt?) dużo, jednocześnie zachowując przywilej w postaci tzw. 50 proc. kosztów uzyskania przychodu.

Wspomnę tylko, że trwa właśnie największy kryzys na rynku medialnym od lat, gdy ludzie z branży tracą pracę i kiedy na przykład do redakcji Polityki właściwie co tydzień zgłaszają się dziennikarze gotowi pracować za każde, jakiekolwiek pieniądze.

Pomijając to jednak – słuchałem słów Donalda Tuska i uszom nie wierzyłem. Ostatnim rządem, który – odbierając przywileje podskakującym za bardzo wykształciuchom i innym „entelektualistom” – chciał się bardzo przypodobać elektoratowi, była przecież koalicja PiS-Samoobrona-LPR. Czy to nie wtedy absolwenci studiów medycznych, którzy po wielu latach harówy na uczelni dostają marne grosze w państwowej służbie zdrowia (albo w ogóle nie mają szans na etat) usłyszeli „pokaż lekarzu co masz w garażu”? Czyżby szef Platformy uderzał w te same tony?


Premier Donald Tusk oraz prezydent Bronisław Komorowski (fot. mat. pras. KPRM)

Dzieje się to w momencie, w którym rząd przedstawia plany budżetowe na przyszły rok oraz perspektywę na lata kolejne, z których jasno wynika, że nie będzie cięcia sztywnych wydatków państwa. Nie będzie nawet symbolicznej reformy KRUS (dotykającej najbogatszych rolników), a emerytalne przywileje służb mundurowych nie będą dotykane. Następcy Agenta Tomka dalej będą mogli przechodzić na emeryturę w wieku, w którym ich koledzy z tego samego rocznika, ale z innych branż, czasem dopiero zaczynają awansować na stanowiska inne niż podrzędne (czyli 35 lat).

Co jednak najbardziej niepokojące – zdaje się, że jeśli w budżecie dalej będzie dziura, a dług państwa rósł będzie zbyt szybko, rząd podniesie kolejne podatki, VAT na książki, a potem – zlikwiduje na przykład ulgę na dzieci czy sławną ulgę na internet (co już w zawoalowany sposób zapowiada minister Jacek Rostowski). Ekonomiści i publicyści mają prawo się burzyć. Co prawda sam Donald Tusk nigdy nie obiecywał dramatycznych reform finansów państwa, ale sygnały płynące z jego środowiska były oczywiste. PO jawiła się jako partia gospodarczego rozsądku, która przyjdzie do władzy po to, aby publiczne finanse uporządkować i choć trochę uzdrowić.

Teraz jednak okazuje się, że zwolennicy reformatorskich pomysłów w PO są odsuwani w medialny cień. Reformy wydatków sztywnych państwa są odkładane. Najpierw pretekstem był opozycyjny prezydent, który wszystko zablokuje, a teraz nadchodzące wybory samorządowe, a potem kolejne – parlamentarne – które Platforma ma zamiar wygrać.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Donald Tusk, zachłyśnięty wizją sondażowego poparcia powyżej 40 proc., perspektywą drugiej kadencji w fotelu premiera, a może nawet samodzielnych rządów na Wiejskiej, za bardzo zagalopował się w roli ludowego trybuna, który każdemu nieba przychyli. Przy czym omija jak może wszelkie drażliwe tematy w grupach sporych, a przy tym hałaśliwych i społecznie wpływowych (górnicy, rolnicy, energetycy, emeryci).

Z jednej strony kalkuluje dobrze, bo przecież przedsiębiorcy czy młodzi absolwenci nie wyjdą na ulice, bo zbyt zajęci są ciężką pracą. Z drugiej zaś, widać w szefie PO tę pewność, która wynika z przekonania, że na dziś poza Platformą nie ma na polskiej scenie politycznej żadnego ugrupowania, które stanowi rozsądną przeciwwagę dla PiS.

Ile jednak można pociągnąć uprawiając taką politykę? Jak mocno można mizdrzyć się do elektoratu PiS, nie wchodząc w retorykę PiS, z całą tej partii fobią przed otwarciem na świat i nowoczesnością?

Co innego werbalne ataki – premier to „w porządku gość”, który rzuci grepsem, strzeli uśmiech, zaprosi na mecz i konflikt załagodzi. Ale co innego konkretne zmiany w systemie podatkowym, które uderzą konkretne grupy zawodowe i społeczne po kieszeni – w tej sytuacji zapewne – twardy elektorat PO właśnie. Polityka TINA (czyli „There Is No Alternative”) forsowana była przez lata 80. i 90. wśród gospodarczych liberałów, którzy przekonywali kolejne rządy, że nie ma innej drogi niż maksymalne otwarcie rynków, deregulacja i prywatyzacja. Na przełomie wieków to myślenie się wypaliło, odbiło czkawką w postaci ruchów alterglobalistów, ekologów, a nawet w zradykalizowaniu wojującego islamu.

Podobnie jest na polskiej scenie politycznej, która chyba jednak nie ma zamiaru na trwałą polaryzację PiS-PO. Na lewicy trwa twórczy ferment (czego dowodem niedawna konferencja w siedzibie „Polityki”). Janusz Palikot zapowiada tworzenie nowej partii. Dalsze prowadzenie polityki dopieszczania wszystkich, przy jednoczesnym uderzaniu we własny elektorat, może Donaldowi Tuskowi nie wyjść na zdrowie. There Is No Alternative? Owszem – jest.