Prof. Staniszkis i reklama PKP

Im więcej wiadomo o tym, jak wywiad znanej socjolog stał się akcją promującą PKP tym więcej pojawia się znaków zapytania o to, jak działają polskie media.

Najpierw było lekkie niedowierzanie, że prof. Jadwiga Staniszkis, znana z bezkompromisowych sądów, zdecydowała się wystąpić w reklamie PKP. Po chwili naszła mnie jednak refleksja, że w przeciwieństwie do wielu autorytetów marketingu jestem zdania, że nie ma co rozdzierać szat nad cierpiącym wizerunkiem Pani Profesor. Jest przecież dorosłą, odpowiedzialną osobą, która ma już status celebrytki (i to jeszcze celebrytki-intelektualistki, który trudniej jest osiągnąć, bo nie wystarczy do tego ładnie wyglądać w TV i na pudelku, ale trzeba jeszcze coś w życiu przeczytać). Jeżeli więc zdecydowała się wystąpić w reklamie, a użyczenie swej twarzy takiej kampanii warte może być kilkadziesiąt tys. zł – to jej wybór, prawda?

fot.  faxepl, Flickr, CC by SA

Dzisiaj jednak przeczytałem tekst w „Wyborczej” i moje niedowierzanie zmieniło się głębokie zdziwienie. Okazało się, że Pani profesor nie dostała za udział ani grosza, bo miał być to zwykły wywiad – materiał redakcyjny.

Czytamy w GW: Umowa z redakcją „Rz” polegała na tym, że wywiad nie będzie opublikowany jako ogłoszenie i ukaże się w cyklu rozmów ze znanymi ludźmi, którzy będą opowiadać o urokach podróży kolejami. – Koniecznie chcieliśmy, żeby to było na stronach redakcyjnych i nieoznaczone jako ogłoszenie. Redakcja wzięła za to symboliczne pieniądze, bo w zamian przecież dajemy im ogłoszenia o sprzedaży kolejowych nieruchomości – mówi Natalia Bogdanowicz z wydziału promocji PKP SA.

Powyższe podkreślenia są moje, bo w tym właśnie miejscu pani z promocji wyłożyła się, a do tego zdemaskowała jeszcze trochę „Rzeczpospolitą”. Bo – przepraszam bardzo – teraz wygląda to tak, że dział promocji jakiegoś przedsiębiorstwa narzuca dziennikarzom jednej z czołowych gazet codziennych w kraju, z kim i o czym mają przeprowadzić wywiad. Bo przecież W ZAMIAN dają im ogłoszenia płatne o sprzedaży nieruchomości. A czytelnik – widząc rozmowę z prof. Staniszkis na stronach tzw. „redakcyjnych” ma prawo przypuszczać, że dziennikarze „Rzepy” uznali kwestię pozytywnego wpływu kolei na Polaków za wyjątkowo ważną z punktu widzenia społecznego. Na to właśnie dziś poświęcili miejsce w gazecie. Na to zwracają uwagę Czytelników.

Na szczęście – cytuję panią z promocji: „ktoś zawalił” – i wywiad w „Rzepie” ukazał w takiej formie, w jakiej de facto od początku powstawał, czyli w formie tekstu promocyjnego. Głupio wyszło jedynie, że prof. Staniszkis wystąpiła w reklamie. I do tego za darmo.

Oczywiście – trzeba to sobie otwarcie powiedzieć – wszyscy w mediach (również autor tego wpisu) zależymy w mniejszym lub większym stopniu od tego, czy udaje nam się przyciągać reklamodawców. Mówiąc gospodarczo – czy danej gazecie / stronie internetowej / telewizji udaje się przetrwać na rynku jako przedsiębiorstwu, które musi przynajmniej zarobić na koszt swej działalności. Więc niby nie jestem tym, który pierwszy może rzucić kamień. Nie da się jednak ukryć, że w czasach kryzysu i wielkiej rewolucji – jaka w związku z rozwojem internetu dotyka dziennikarzy – reklamodawcy bezwzględnie wykorzystują swą pozycję i eskalują żądania wobec każdej redakcji. Domagają się tzw. świadczeń dodatkowych, starają się narzucać tematy i przemycać swe produkty na łamy. Redakcje spotykają się z takimi oczekiwaniami na co dzień i są już takie gazety (media), w których dany temat nie pojawi się, a dziennikarz nie napisze o nim, jeżeli nie będzie „pod niego podczepiona” reklama.

To smutne i prawdziwe tym bardziej, że profesjonalizm, niezależność w formułowaniu sądów, wreszcie swoboda w decydowaniu o tym, ku czemu staramy się skierować uwagę naszego odbiorcy, co jest naszym zdaniem ważne w społecznej debacie, jest naszym ostatnim atutem w starciu z Lewiatanem, jakim jest sieć.