No co liczy rząd, podnosząc VAT?

Można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że ceny w gospodarce wzrosną. Podejrzewam jednak, że nie wszystkich produktów, a już na pewno nie każdego w równym stopniu.

Ktoś wreszcie policzył, o ile skoczy inflacja, gdy rząd wprowadzi w życie zapowiadaną podwyżkę podatku VAT. Instytut Ekonomiczny przy NBP prognozuje, że spowoduje to jednorazowy wzrost o 0,3 proc. Co jednak ciekawe – według ekspertów NBP – szacunek ten będzie prawdziwy tylko w przypadku, gdy 75 proc. podwyżki zostanie przeniesione do ostatecznych cen towarów.

Only death and taxes for sure – skuteczności egzekucyjnej amerykańskiej izby skarbowej zazdrości zapewne nasze Ministerstwo Finansów fot. blmurch, Flickr, CC by SA

Powyższa kalkulacja potwierdza to, o czym od jakiegoś czasu mówili niektórzy ekonomiści. Podwyżka VAT o 1 proc. to dla rządu w miarę wygodne rozwiązanie. Może dać doraźnie budżetowi kwotę 5 mld zł, co w dzisiejszych chudych czasach jest dla ministra Rostowskiego sumą nie do pogardzenia (choć zapewne nie ratuje deficytu). Jest zarazem na tyle mało obciążająca, aby nie rozsierdzić obywateli i sympatyków PO. Mogą sobie pomyśleć, że już te 200-300 zł rocznie – a tyle według szacunków tzw. statystyczny Polak wniesie dodatkowo do państwowej kasy – ewentualnie na rzecz państwa zgodzą się zapłacić.

W rządowych kalkulacjach jest jednak ukryte drugie, populistyczne dno. Doradcy Tuska doskonale wiedzą, że jest w sklepach wiele towarów z grupy tzw. wrażliwych cenowo, które zdrożeć w wyniku podwyżki VAT-u po prostu nie powinny. Klient już się przyzwyczaił, że za serek płaci 0,99 zł, za bułeczkę 0,25 zł, za mleko 1,99 zł, a za kilogram kiełbasy przykładowe 7,99 zł.

W tej sytuacji podniesienie VAT o 1 proc. daje cenę z punktu widzenia marketingowego wstrętną. Powiedzmy sobie otwarcie, nie po specjaliści od reklamy, produkcji i logistyki stają na głowie, aby towar z ceną na półce 9,99 zł nagle zdrożał do 10,03 zł. Bo choć obie te kwoty różni zaledwie cztery grosiki, nasz mózg koduje je jako „poniżej dychy” albo „powyżej dychy”. A jak powyżej dychy, to już drogo, za drogo. Taki toster w gazetce reklamowej też lepiej wygląda, gdy kosztuje 199 zł, prawda?

Możemy więc podejrzewać, że klienci z grup wyjątkowo wrażliwych na ceny podwyżki VAT odczują w stopniu mniejszym (szczególnie w przypadku tzw. dóbr codziennego użytku). W gospodarce nic jednak nie ginie. Jeśli producent – np. koncern spożywczy – ma kilka różnych grup towarów, w tym również te z „górnej” i „średniej” półki, których odbiorcy nie zarzucą ich kupowania tylko dlatego, że podrożały o 2-3 proc., może chcieć sobie na nich różnicę odbić.

Inteligencji Szanownych Czytelników niniejszego wpisu pozostawiam odpowiedzenie na pytanie, kto więc poniesie większość kosztów łatania dziury budżetowej VAT-em.