W oku cyklonu

Co tak naprawdę zdarzyło się w polskiej gospodarce w ciągu ostatnich dwóch dni?

Na pierwszy rzut oka – nic. Nie pojawiły się żadne dramatyczne dane, choć oczywiście analitycy wskazują na spadek produkcji przemysłowej, załamanie eksportu, co zapewne wyhamuje naszą gospodarkę. Warto jednak zacytować spokojny i wyważony komentarz z portalu bankier.pl: Tyle że danych makro napływających z Polski pozazdrościłby niejeden kraj – np. w Japonii grudniowa produkcja przemysłowa spadła o 20% r/r, a południowokoreański eksport zmniejszył się o jedną trzecią. Na tle państw europejskich czy USA dynamika polskiego PKB nawet w najczarniejszym scenariuszu (-0,5% r/r autorstwa ekonomisty z Danske Banku) wygląda wręcz rewelacyjnie. Również deficyt w handlu zagranicznym prezentuje się dużo lepiej niż w przypadku wielu państw rozwijających się.

A jednak wczorajszy dzień na giełdach i rynkach finansowych to już była prawdziwa panika. Dolar dochodził do 3,91 zł, euro zbliżało się do granicy 5 zł, a frank szwajcarski przekroczył 3,30 zł. Jeżeli waluta w ciągu kilku dni traci 20-30 groszy, a giełda załamuje się o 10 proc., można już mówić o krachu i strachu. A więc natychmiast pojawiły się głosy, aby rząd Tuska „coś zrobił”. Rzeczywiście – seria uspokajających komentarzy przedstawicieli władz – najpierw Zbigniewa Chlebowskiego (że wejdziemy do strefy euro zanim zostanie zmieniona konstytucja), potem premiera Tuska, wreszcie samego Ministra Finansów dziś w Sejmie, przywróciły spokój na rynkach. Sytuacja właściwie wróciła do stanu z poniedziałku (swoją drogą – taka histeryczna huśtawka bywa zazwyczaj szczytowym momentem trendu, czyli hossy lub bessy).

Co jednak stało się naprawdę? Wielce prawdopodobna jest kulminacja spekulacyjnych ataków na złotówkę – zbyt wielu globalnych graczy obstawiło spadek naszej waluty, testując przy okazji jej wytrzymałość oraz wytrzymałość naszych polityków. Trudno powiedzieć, na ile przeważająca była deklaracja Ministerstwa Finansów, że ruszy na pomoc złotówce, wymieniając na rynku euro z funduszy unijnych. Media trochę na wyrost nazwały to interwencją, bo z całym szacunkiem, ile tych pieniędzy mogło być w porównaniu z globalnym kapitałem?

Co najwyżej Minister Rostowski zrobił w naszym imieniu bardzo dobry interes, wymieniając posiadane euro po bardzo korzystnym kursie. Podobnie jak tysiące Polaków, którzy ustawili się w ostatnich dniach w kolejki pod kantorami. Z pracy za granicą przywieźli euro i funty, ale wstrzymali się z ich wymianą ze względu na bardzo słaby kurs, który mieliśmy jeszcze w ostatnie wakacje. Teraz sprzedali je po okazyjnej cenie. Minister Rostowski postąpił więc podobnie, dzięki czemu teraz będzie trochę więcej środków na budowę dróg i inne inwestycje infrastrukturalne. Nie da się jednak przecenić psychologicznego wpływu na rynki – rząd dał jasny sygnał spekulantom, że nie mogą liczyć na wieczne osłabianie się złotówki.

Ważne jest jednak drugie dno – oto Europa Środkowo-Wschodnia, cały nasz region, znalazły się na chwilę na czołówkach Financial Timesa, gospodarczych dzienników telewizyjnych i serwisów agencyjnych. Zdaje się, że światowi inwestorzy wpadli na chwilę w panikę. Podejrzewali, że oto nasz region jest kolejnym, po USA, Islandii, Ukrainie, w którym w sposób dotąd niespodziewany, zogniskuje się światowy kryzys gospodarczy. Przez chwilę mogliśmy się więc poczuć jak w oku cyklonu. Wykresy giełd i walut oderwały się od realiów, a zaczęła działać czysta psychologia. Na razie pierwsze uderzenie udało się przetrwać, ale ponieważ chwilowo na rynkach emocje biorą górę, od odpowiedzialności naszych polityków będzie zależało, czy i jak szybko chmury się rozwieją.