Plusy dodatnie, plusy ujemne

Rok 2008 w gospodarce miał słodko-gorzki smak.

Koniec grudnia to okres tradycyjnych podsumowań. A minione dwanaście miesięcy to czas dla takich podsumowań wyjątkowo wręcz zachęcający. W rok 2008 wchodziliśmy bowiem jako gospodarka w nastrojach iście szampańskich (największy w tej dekadzie wzrost PKB), a kończymy ostro hamując. Zaczynaliśmy w głębokim przekonaniu, że burza na światowym rynku finansowym „przejdzie bokiem”, zaś kończymy z pytaniami „jak bardzo nam się oberwie”.

Co tydzień pojawia się nowa prognoza ekonomistów, którzy wręcz ścigają się w negatywnych prognozach dla Polski na najbliższy rok. W ich podsumowaniu opublikowanym ostatnio przez „Gazetę” rozstrzał przewidywanego wzrostu PKB dla naszej gospodarki jest spory (od -0,5 proc. szacowanego przez Danske Bank, po rządowe prognozy 3,7 proc.), ale jak słusznie zauważył wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld dzisiaj nie ma nikogo, kto potrafi odpowiedzialnie przewidzieć, jak będzie naprawdę.

Zarówno optymista jak i pesymista znajdzie więc w tych licznych prognozach coś dla siebie. Symptomatyczne jest, że już tylko urzędowo optymistyczne Ministerstwo Finansów mówi o wzroście 3,7 proc. Ale w tym samym czasie raport przygotowany przez wewnątrz-rządowy think-tank pod wodzą ministra Michała Boniego bez ogródek przyznaje, że jest to mało realne.

Prawda zapewne leży gdzieś po środku – wypadkową dla naszej gospodarki jest prawdopodobnie ostre hamowanie i słaby – ale jednak wciąż dodatni – wynik wzrostu PKB. Będziemy mogli mówić o wielkim szczęściu, jeśli okaże się, że zanim na dobre zdążymy poczuć recesję, ona na świecie już się skończy. Pozostaje nam trzymać kciuki za taki scenariusz (mówił o tym w owym wywiadzie również minister Szejnfeld).