Gospodarka, głupcy!

Na kilkanaście dni przed wyborami w USA warto przyjrzeć się gospodarczym pomysłom obu kandydatów.

Kampania wyborcza to nigdy nie jest dobry moment na formułowanie programów ekonomicznych. Przed zeszłorocznymi wyborami w Polsce debata na temat gospodarczy w ogóle nie istniała (poza mocnym irlandzkim i infrastrukturalnym akcentem u Tuska na finiszu). Jednak zarówno Barack Obama jak i John McCain od ekonomii nie uciekną, tym bardziej, że oko szalejącego nad finansowym światem cyklonu znajduje się dokładnie nad Wall Street. Doniesienia z USA czytam jednak z dużym zdziwieniem. Okazuje się, że obaj kandydaci mają dość wykrystalizowane poglądy na gospodarkę. A nawet – kilka konkretnych pomysłów, a nie jedynie zbiór chwytliwych ogólników sprowadzających się do wspólnego „żeby było lepiej”, do których przyzwyczaili nasi politycy. A im bliżej wyborów, im wstrząsy na rynkach silniejsze, tym gospodarki w kampanii więcej – co można zobaczyć w ostatnich spotach obu kandydatów.

Spójrzmy więc jak na meczu Obama vs. McCain wyjdzie ekonomia.

mccain.jpgJohn McCain zdaje się być klasycznym liberałem (o ile tacy jeszcze dziś istnieją). Opowiada się za minimalną interwencją państwa, wolnym handlem międzynarodowym, prostymi podatkami i deregulacją (co symboliczne – początkowo opowiedział się przeciw ratowaniu banków za pieniądze podatników, zmienił zdanie dopiero, gdy wyczuł, że nie trafił w nastrój chwili). Jeśli chodzi o pobudzenie amerykańskiej gospodarki opowiada się mgliście za cięciem wydatków budżetowych i zmniejszeniem deficytu. Nie bez powodu Obama zarzuca mu wspieranie wielkiego biznesu – w swych dotychczasowych działaniach opowiadał się przeciw wzmacnianiu związków zawodowych, subsydiom dla rolnictwa i biopaliw, oraz za uproszczeniem podatków dla dużych firm.

obama.jpgNa tym tle ekonomia według Baracka Obamy powinna być zorganizowana bardziej na wzór europejski. Z tymi wszystkimi wyjątkami i „ale…”, które oddalają ją od Milla i Hayka, a zbliżają do europejskiej definicji tzw. „trzeciej drogi”. Jest więc Obama zwolennikiem wolnego handlu i wolnego rynku, ale tylko jeżeli nie zagrażają amerykańskiemu obywatelowi. Ratowanie banków – tak, ale tylko w określonych sytuacjach i tylko na warunkach, które docelowo się amerykańskiemu podatnikowi opłacą. Na fali krytyki korporacyjnej Ameryki (tzw. Wall Street) senator Obama zapowiada zacieśnienie polityki wobec wielkich firm, zwiększenie kontroli i regulacji oraz stworzenie nowego super-nadzoru, który przejmie większość kompetencji dzisiejszej Komisji Nadzoru Bankowego (częściowo Fed) oraz Giełdowego SEC (co podoba się obywatelom, tzw. Main Street). W wielu postulatach Obamy widać wyraźny lewoskręt – chociażby w obietnicy zwiększenia roli związków zawodowych.

Ważnym elementem kampanii obu polityków są ich plany dotyczące podatków osobistych. Tu wychodzą istotne różnice, bo Obama proponuje szeroko zakrojoną akcję cięcia podatków dla rodzin mniej zarabiających m.in. zero podatków dla osób starszych, z dochodem poniżej 50 tys. dol. rocznie (o – to by się spodobało u nas!). Natomiast osoby z dochodem powyżej 250 tys. rocznie zapłacą fiskusowi więcej. Według cytowanego przez „The Economist” raportu niezależnego instytutu Tax Policy Centre w rozbiciu na udział podatników wypadnie to tak, że 80 proc. rodzin zapłaci mniej, a 10 proc. więcej. W wyniku wprowadzenia w życie pomysłów Obamy 20 proc. najgorzej sytuowanych rodzin ma mieć rocznie w kieszeni 5,4 proc. pieniędzy więcej, podczas gdy 1 proc. najzamożniejszych podatników będzie miał dochód zmniejszony aż o 8 proc. Taki efekt jest zgodny z zapowiadanym przez Obamę wyrównaniem społecznych podziałów i rosnącej w ostatnich latach w USA przepaści między bogatymi i całą resztą.

McCain proponuje z kolei zmniejszenie podatków od dochodów kapitałowych, dywindend i giełd. Wprowadzenie innych jego postulatów w życie spowoduje – wg. TPC – zmniejszenie obciążeń dla najbogatszych. Z raportu cytowanego w „The Economist” wynika, że 20 proc. najgorzej sytuowanych rodzin będzie pod rządami McCaina rozporządzać dochodem o 0,2 proc. wyższym, podczas gdy 1 proc. najbogatszych podatników zyska 2,2 proc.

Polityka McCaina ma teoretycznie wprowadzić Amerykę na drogę długofalowego wzrostu gospodarczego, tymczasem Obama obiecuje szybki wzrost zarobków. Plan Obamy zakłada, że obniżka podatków pobudzi konsumpcję, a za tym – całą gospodarkę. O ile McCain chciałby pobudzić ekonomię poprzez uzdrawianie jej podstaw (np. ograniczanie wydatków państwa), Obama wspomina nawet coś o programach zamówień publicznych. Ładnie to podsumowuje „The Economist”, pisząc: Podczas gdy McCain cały sercem wspiera klasyczną liberalną ekonomię, cięcie podatków i minimalną interwencję państwa, Obama ma słabość do skomplikowanych programów wsparcia, ukierunkowanych cięć podatkowych i wiarę w moc państwa w poprawianiu rzeczywistości. Jego ustawy zmniejszą obciążenie pracownika, zaś dorzucą nieco na barki przedsiębiorców.