Nadejście postliberalizmu

Patrzmy uważnie – oto na naszych oczach rodzi się nowy porządek ekonomiczny świata.

– New age of global economy starts now – napisał jeden z międzynarodowych tygodników opinii, czyli oto zaczyna się nowa era globalnego kapitalizmu. Problem polega na tym, że na razie nikt nie wie, jak ona będzie wyglądać. Perturbacje na rynkach finansowych sięgają zenitu. Ani przyjęcie w USA planu ratunkowego, ani częściowa nacjonalizacja banków w Wielkiej Brytanii, ani wreszcie środowa skoordynowana akcja obniżki stóp procentowych wszystkich ważniejszych banków centralnych, nie zdołały powstrzymać paniki inwestorów na giełdach. Od siedmiu dni wszystkie główne indeksy są na sporych minusach.

Co się dzieje? Prawdopodobnie to, co było dotąd kryzysem zaufania („my-bankowcy nie pożyczamy sobie nawzajem pieniędzy, bo sobie nie ufamy”) powoli zmienia się w kryzys wiary („nikt nie wierzy, że ktokolwiek ma receptę na wyciągnięcie światowej gospodarki z tarapatów”). Dochodzimy do ściany. Jak to ujmują profesorowie ekonomii – nadszedł czas na zmianę ekonomicznego paradygmatu. Nad bezgraniczną ufnością w wolny rynek został postawiony olbrzymi znak zapytania. Ramy gospodarczego liberalizmu i neo-liberalizmu, w których dotąd funkcjonowała globalna gospodarka, zostały rozsadzone.

Na giełdach widzimy więc właśnie kryzys idei. Jak się okazuje nawet rynkowi potrzebna jest odrobina wiary, a tej zdecydowanie brakuje. Problem polega na tym, że nikt nie potrafi ocenić, jak będzie teraz wyglądał świat. Nowej doktryny nikt zawczasu ideologicznie nie przygotował, dlatego weszliśmy na dziewiczy grunt. Umysły ekonomistów już pracują pełną parą, ale czeka nas jeszcze trochę zawieszenia, zanim coś się wykluje. Jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów prof. Leszek Balcerowicz, kapitalizm to system potrafiący się samodzielnie dostosować, który cały czas wymyśla nowe rozwiązania, po czym je testuje na żywo. Te, które się nie sprawdzają, są odrzucane, choć nierzadko w formie krachu. I tego testowania na dziś najbardziej boją się finansiści.

Jaki będzie system, który na naszych oczach narodzi się w procesie owej twórczej destrukcji? Na wzór postmodernizmu w sztuce będzie go prawdopodobnie można nazwać postliberalizmem: mieszanką wolności i kontroli, leseferyzmu i interwencji, chciwości i odpowiedzialności, kapitału finansowego i kapitału społecznego (jak chce tego Benjamin Barber). Nie wiadomo jednak, w jakich proporcjach i według jakiej receptury. Można jedynie podejrzewać, jakie będą niektóre składniki nowego ekonomicznego ładu.

Po pierwsze – obecny kryzys ostatecznie odpowie na pytanie o rolę państwa i polityki w zglobalizowanym świecie, o autentyczną siłę państwowej władzy. Slavoj Zizek, Zygmunt Bauman i Jacques Ranciere twierdzą, że żyjemy w czasach postpolitycznych, w których zerwane zostały więzi pomiędzy polityką i realną władzą, która ma moc zmieniania ludzkiego życia (ponieważ tę drugą coraz częściej przejmują korporacje i rynek). Jeżeli państwowe interwencje wyciągną dziś rynki z kryzysu – władza rozumiana jako sprawcza moc raz jeszcze powróci na łono państwa. Niewykluczone, że politycy tym razem odrobią kryzysową lekcję – narodzi się globalny supernadzór gospodarczo-finansowy (być może na podwalinach grupy G8, do której „dobrane” zostaną Chiny i Indie), który dbał będzie o stabilność post-liberalnego systemu gospodarczego. W wymiarze krajowym prawdopodobnie oznacza to większy nadzór państwa nad sektorem finansowym, a może również większy udział państwa w kluczowych branżach gospodarki (już dziś „The New York Times” pisze o fenomenie Polski, której dzięki zaostrzonej polityce wobec banków kryzys na razie nie dotyka).

Po drugie – świat finansów, który nastanie, będzie mniej skomplikowany. Instytucje finansowe w dużej mierze uregulują się same – już dziś maklerzy szerokim łukiem omijają skomplikowane wehikuły inwestycyjne, których działania do końca nie pojmują (np. owe sławne derywaty od derywatów, które wywołały kryzys). Dla działalności banków oznacza to powrót do korzeni – kilku podstawowych rodzajów produktów, takich jak lokaty, konta i pożyczki.

Po trzecie – trwający kryzys ostatecznie przypieczętuje początek zmierzchu Ameryki jako globalnej potęgi finansowej. Choć w wielu dziedzinach gospodarki ten kraj pozostanie wciąż mocny, nie da się już dłużej ignorować wejścia do światowej ekstraklasy krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Problem Stanów Zjednoczonych wynikał będzie z czystych zasad ekonomii – skończy się era dobrobytu na kredyt. Teraz przyjdą lata spłacania długów za wojnę w Iraku oraz ratowanie banków.

Ani bliskowschodnie gospodarki oparte na ropie, ani Indie i Chiny nie powiedziały jeszcze w tym kryzysie ostatniego słowa. Tylko dla samych Chin wejście globalnej ekonomii w długotrwałą recesję jest bardzo nie na rękę. Zatrzymanie błyskawicznego rozwoju gospodarczego (a więc i awansu społecznego dla milionów obywateli) w tej fabryce świata pogłębi przepaść między rejonami zurbanizowanymi i biedną prowincją, co może wywołać społeczne niepokoje. W obronie gospodarczego status-quo Chiny mogą rzucić na rynek 200 mld dolarów rezerw dewizowych – za pomocą rządowej agendy China Invesment Corporation przejmując udziały w amerykańskich i europejskich firmach po okazyjnych, kryzysowych cenach.

Po czwarte wreszcie – konsumenci z epoki post-liberalizmu będą mniej zapatrzeni w reklamy i mniej skłonni do rozpasanego życia na kredyt. Wydana niedawno na naszym rynku książka „Skonsumowani” Benjamina Barbera może się tu okazać prorocza. Barber, podobnie jak inny krytyk masowej konsumpcji, George Ritzer, podkreślają absurdalność błędnego koła, w którym gospodarka rozwija się tylko dlatego, że korporacje kreują wciąż nowe potrzeby, które następnie zaspokajają. W ten sposób trwający dziś kryzys zmieni nas samych i nasze codzienne życie, choć jeszcze nie zdajemy sobie z tego sprawy.