Straszny ten kryzys

PiS znów chce nastraszyć Polaków

Pod koniec zeszłego tygodnia w świat poszły sygnały, że w związku z globalnym kryzysem rynków finansowych prezydent Lech Kaczyński chce zwołać Radę Gabinetową – organ w którego skład wchodzi głowa państwa, premier i wszyscy ministrowie, zbierający się w momentach dla państwa ważnych. Niby nic dziwnego, bo w końcu Prezydent, któremu na sercu leży kieszeń każdego Polaka, chce tylko porozmawiać i upewnić się, że niedoświadczony Tusk i jego ekipa panują nad sytuacją (poprzednio Rada zwołana została w apogeum strajków w służbie zdrowia). Ale jednocześnie słyszę w telewizji wypowiedź posła Kurskiego, który na sugestię dziennikarza, że „eksperci uspokajają – żadnego kryzysu nie będzie” z właściwą sobie spin-doctorską hipokryzją odpowiada „ale to nie oni poniosą konsekwencje, a miliony uczciwych Polaków” (cytuję z pamięci).

O co chodzi? Ze wszystkich metod zarządzania państwem szefowie Prawa i Sprawiedliwości opanowali najlepiej „zarządzanie przez kryzys”. Wywoływanie napięcia, zagrożenia i konfliktu, a następnie w ostatniej chwili rozwiązywanie problemu – oto Kaczyńskich przepis na polityczny sukces. Nic to, że sprawiają wrażenie strażaka, który podkłada ogień, aby móc się wykazać w akcji gaszenia go. Dlatego muszę się zgodzić z Ewą Milewicz z „Gazety”, że prawdopodobnie chodzi jedynie o to, aby wyborca PiS poczuł, że jego partia dba o jego kieszeń.

Nie dziwię się rodakom, którzy nie rozumieją dlaczego banki na świecie padają i nie wiedzą, czym są obligacje zabezpieczone spłatą kredytów subprime w USA. Słowa „plajta”, „kryzys” i „panika na rynkach finansowych” mają wystarczającą siłę rażenia. Dlatego ta karkołomna polityka, obliczona na rozbicie samozadowolenia i poczucia bezpieczeństwa, Polaków może przynieść niestety efekty. Ale gorsze, niż spodziewa się PiS, bo jeśli zdezorientowani ludzie masowo rzucą się do wycofywania depozytów z banków, to będziemy mieli nad Wisłą krach aż strach. Dlatego ekonomiści jak jeden mąż apelują o spokój.
 
Platforma wciąż jeszcze może sprytnie ograć kryzys zaufania, który usiłuje wywołać PiS. Trzeba tylko, co rozumie chyba dobrze Zbigniew Chlebowski, wszem i wobec powtarzać, że najlepszym lekarstwem na kryzys jest jak najszybsze przyjęcie budżetu na 2009 rok i wprowadzenie Polski do strefy euro. Tylko czy lud to kupi?