Kryzys – co dalej?

Ekonomia to sprawa zbyt poważna, aby ją zostawić politykom.

… jak można powiedzieć trawestując słynną złotą myśl Georgesa Clemenceau, premiera Francji w latach 1917-1920. Clemenceau miał co prawda na myśli wojnę i wojskowych, ale główna idea jego wypowiedzi pasuje do aktualnej sytuacji w gospodarce jak ulał.

Oto Kongres Stanów Zjednoczonych odrzuca projekt planu ratunkowego przygotowany przez sekretarza skarbu Paulsona. Bush i jego otoczenie zrobili w ostatni weekend wiele, aby przekonać świat, że jest to ostatnia szansa ratunku przed globalnym krachem. Nie udało się na własnym podwórku, w Waszyngtonie, z własnymi mężami stanu. Kongres głosuje przeciw. Zaskoczenie jest pełne. Światowe giełdy natychmiast reagują gwałtownymi spadkami.

Upadek planu ratunkowego dał dojść do głosu jego przeciwnikom. Niektórzy, jak Robert Gwiazdowski mówią, że powinno się zostawić światową ekonomię własnemu biegowi, a nie ratować ją z pieniędzy podatników (co prawda będzie bolało, ale choroba powinna być krótka). Inni ekonomiści twierdzą natomiast, że zamiast pompować miliardy w „spalone” papiery dłużne, lepiej po prostu rzucić na rynek dużo taniego kredytu (wszak właśnie o to tu chodzi – dziś bank bankowi centa nie pożyczy).

Można odnieść wrażenie, że Plan Paulsona nie jest chyba ani specjalnie dobry, ani specjalnie zły. Niestety, jest konieczny, bo chwilowo nikt inny żadnego innego nie ma. Dlatego nie ma złudzeń, że projekt znów do Kongresu wróci, może nawet jeszcze w tym tygodniu. Im mocniej giełdy polecą w dół, tym szybciej.

Nie mogę się jednak pozbyć dziwnego uczucia schadenfreude, widząc przepychanki wokół planu. Trudno nie odnieść wrażenia, że pomysł Paulsona padł przede wszystkim ofiarą nie merytorycznych zarzutów, a politycznych gierek i przedwyborczych umizgów. To koronny argument, że polityk niestety nie jest istotą racjonalną i niekoniecznie kieruje się interesem ogółu, niezależnie od szerokości geograficznej. Jak to „dobrze”, że nie tylko u nas. To jest pewne pocieszenie, choć jeśli przez to czeka nas krach – marne.