Rachunek za Gruzję cd.

O chwiejnej równowadze między rusofobią a rusofilią.

Z dużym zainteresowaniem podczytuję liczne komentarze pod moim poprzednim wpisem, dotyczącym reakcji rynków finansowych na rosyjsko-gruziński konflikt na Kaukazie. Dziękuję wszystkim dyskutującym, szczególnie tym którzy wnieśli do tematu swój konstruktywny wkład 😉

Niestety obawiam się, że z punktu widzenia geopolityki nie dojdziemy prawdy obiektywnej (czy ona w ogóle istnieje?). Kilka osób przypomniało, że to wojska gruzińskie zaczęły konflikt. Ale przecież od kilkunastu miesięcy napięcie w regionie rosło, a władze rosyjskie testowały odporność Gruzinów na rozmaite prowokacje. Nie mnie (nam) jednak rozstrzygać tu, kto ma rację.

Chciałbym natomiast odpowiedzieć na głosy, zarzucające mi nacjonalistyczne zacietrzewienie itp. Oczywiście – paradoksalnie – zgadzam się z johnem rushem, że stosunki z sąsiadami powinny być jak najlepsze, bo zyskują na tym obie strony. Daleko mi jednocześnie do postawy rusofoba, która mi została zarzucona. Dla przykładu nie tak dawno pisałem w POLITYCE artykuł o Polakach, szukających dobrej pracy na Wschodzie, którego wydźwięk na pewno nie jest anty-rosyjski.

Natomiast niestety obawiam się, że swym zachowaniem Rosja dała solidny krok wstecz. Należę do grona osób, które miały wrażenie, że kraj ten powoli dołącza do grupy państw cywilizowanych (w rozumieniu „europejskim”). Miałem wrażenie, że pomimo iż kapitalizm wyszedł im znacznie lepiej niż demokracja czy prawa człowieka, to kierunek jest raczej do przodu. Tymczasem interwencja Rosji w Gruzji, włącznie ze sposobem jej przeprowadzenia, stylem publicznych wypowiedzi, hipokryzją, obudziła najgorsze wspomnienia z czasów ZSRR. Dla Rosjo-optymistów, takich jak ja, takie postępowanie jest niczym kubeł zimnej wody na głowę.

Akurat w dniu, w którym opublikowałem swój komentarz, pojawiły się wypowiedzi w podobnym tonie, wydrukowane przez prestiżowe światowe gazety: Financial Times „Rynek pokazał Zachodowi, jak ukarać Rosję” oraz The Economist, gdzie ten tekst stał się tematem okładkowym. Gazetom tym trudno wszak zarzucić wisłocentryczne zacietrzewienie, kargulowatość, brak wiedzy czy życiowego doświadczenia, co uczynili niektórzy szanowni komentujący.

Na koniec jeszcze komentarz do trafnej uwagi Pickarda – oczywiście jeżeli Europa przestanie kupować surowce z Rosji, to Rosja sobie poradzi i będzie je sprzedawać do Indii czy Chin, które spokojnie wchłoną całą produkcję. Proszę jednak zauważyć, że będzie się to wiązało z dodatkowymi kosztami (budowa rurociągów). Zresztą Chiny, same będąc krajem niedemokratycznym, jakoś nie palą się do uzależnienia od innej, sąsiadującej i niedemokratycznej potęgi, bo intensywnie szukają ropy i budują sobie zaplecze np. w Afryce. Ciekawe prawda? Na szczęście Europa pozostaje dla Moskwy strategicznym partnerem (co widać chociażby po takich komentarzach władz na Kremlu). To trudna symbioza, ale konieczna zarazem, bo Europę bez rosyjskich surowców czeka poważna zapaść.