Rachunek za Gruzję

Im gorzej rosyjska gospodarka zniesie konflikt na Kaukazie, tym lepiej.

Chyba nikt już nie ma wątpliwości, że rosyjska interwencja w Abchazji i Południowej Osetii jest czymś więcej niż tylko lokalnym konfliktem o kilka rozsypanych między wzgórzami wiosek. Rosja, wzmocniona siłą swych niezliczonych bogactw naturalnych, urosła w siłę ropą i gazem, postanowiła sprawdzić, jak daleko może się posunąć. Histeryczne metafory niedźwiedzia, budzącego się ze snu i unoszącego groźnie łeb są tyleż zabawne, co niestety prawdziwe.

Wydarzenia w Gruzji boleśnie uświadomiły wszystkim optymistom, że nasz olbrzymi wschodni sąsiad niekoniecznie jest krajem marzącym o jak najszybszym dołączeniu do wspólnoty państw w pełni cywilizowanych, którym na sercu leżą prawa jednostki czy chociażby wolność słowa. Zaś wielu krajom przypomni to może, jak niebezpieczne może być związanie biznesowe z partnerem, który – jak się okazuje – nie wyzbył się dawnych ambicji imperialnych.

Kreml nie miał żadnych oporów, aby zagrać surowcami i zaszantażować Europę (chociażby tu „przypadkowe” plotki o możliwej ropie po 200 dolarów, które „nagle” zaczęły krążyć po Moskwie). Na szczęście straszak nie wypalił, bo pomimo napiętej sytuacji cena baryłki wciąż spada i jest szansa, że już wkrótce przebije psychologiczną barierę 100 dolarów, tyle że w dół. W tym samym czasie rosyjskie giełdy notują poważne spadki, rubel traci wobec dolara, a szef Banku Centralnego Rosji informuje, że od początku konfliktu inwestorzy wycofali prawie 5 mld dolarów. Zdaje się, że ekonomia to dziś jedyna skuteczna forma nacisku na Rosjan, bo nikt chyba nie jest na tyle szalony, aby grozić Moskwie zbrojną interwencją. Kreml nawet z politycznych nacisków jak widać robi sobie niewiele. Może jednak uderzenie po kieszeni okaże się skuteczniejsze. Gdy rosyjski bank centralny będzie musiał znacznie więcej wyłożyć na oprocentowanie obligacji (ze względu na większe ryzyko), zaś rosyjskie przedsiębiorstwa zaczną mieć poważne problemy z pożyczaniem pieniędzy na światowych rynkach finansowych, podkopane zostaną filary, na których w ostatnich latach wyrosła rosyjska potęga. Być może wtedy na Kremlu przypomną sobie, że tak samo jak ich gaz i ropa są potrzebne Europie, tak samo Europa jest potrzebna Rosji. Bo ktoś przecież te surowce musi kupować.