Prosimy o panikę

Burza na rynkach finansowych trwa.

Jeżeli oglądali Państwo w ostatnich dniach spektakularne zjawiska atmosferyczne nad Polską, to w podobnej sytuacji są aktualnie globalne rynki finansowe. Najpierw następuje błysk, a potem nad nieboskłonem przetacza się ogłuszający grzmot. Następnie przez kilka chwil napięcie narasta i mamy kolejny błysk.

Takim rozbłyskiem pod koniec poprzedniego tygodnia były kłopoty Freddie Mac i Fannie Mae – kolejnych instytucji zaangażowanych na amerykańskim rynku kredytów hipotecznych (warto przeczytać wpis z 11 lipca z bloga Wojciecha Białka na ten temat). Sygnał dla inwestorów jest jasny – to jeszcze nie koniec kłopotów na rynku nieruchomości w USA. Giełdy zaczynają więc kolejny zjazd, przy czym wydaje się on ostrzejszy niż poprzednio, gdy impulsem były pogłoski o bankructwie banku Bear Stearns (marzec 2008).

Do tego należy dodać pesymistyczne wypowiedzi szefa amerykańskiego banku Rezerwy Federalnej, który bez ogródek przyznaje, że nie wie w którą stronę idą rynki i już mamy czarny wtorek na giełdach, a w Warszawie nowy rekord minimum.

Jednocześnie coraz więcej analityków i fachowców zwraca uwagę, że akcje są już na tyle tanie, ze warto zacząć je kupować (m.in. Mark Mobius, guru zarządzających z Templetona czy analitycy ING). Być może to tylko zaklinanie rzeczywistości, ale jest w tym wiele racji (ten cykl opisuje wszak klasyczna reguła Dowa, jedna z pierwszych dotyczących zachowania giełd).

Jeżeli prawdą są teorie, że panika i nerwowe pozbywanie się akcji po każdej cenie poprzedza uspokojenie i odbicie kursów indeksów, wszystko wskazuje na to, że być może przed nami ostatni, najbardziej spektakularny okres bessy. Więc być może warto życzyć sobie paniki na giełdach, bo po niej zawsze przychodzi opamiętanie. A grzmoty przewalają się przez niebo, wychodzi słońce, a powietrze jest odświeżone.