Chemia i jedzenie

Ekologia i ekonomia coraz częściej nie idą w parze.

Trochę zmartwiło mnie doniesienie, że polskie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi pracuje nad poluzowaniem norm dotyczących użycia pestycydów przez rolników. Na dziś wygląda to tak, że polskie zboża, owoce i warzywa są bardziej unijne niż unia, to znaczy polskie prawo w tej sprawie jest bardziej restrykcyjne niż narzucane przez Brukselę. Dla nas to dobrze – to co jemy jest zdrowsze. Dla rolników mniej, bo podlewane chemią pola dają lepsze plony (a więc można produkować więcej i taniej). Żeby polscy rolnicy nie byli na straconej pozycji, Ministerstwo chce podnieść dopuszczalne normy stosowania pestycydów. Choć i tak wciąż będą one wtedy spełniały kryteria unijne.

Choć taka polityka ma uzasadnienie ekonomiczne, z punktu widzenia ekologii jest ona niekorzystna. Polska żywność ma już wyrobioną markę. Przeciętny Niemiec wie, że pomidor z Polski wyrósł w jednym z najczystszych zakątków Europy, co niekoniecznie da się powiedzieć np. o holenderskim. Teraz możemy tę eko-markę stracić. Na pocieszenie pozostaje tylko to, że urzędnicy w Brukseli pracują nad nowym prawem, które hurtem zaostrzyć ma zasady stosowania chemicznych nawozów w uprawach.

Powyższy przykład dobrze ilustruje narastający konflikt między ekologią a rachunkiem ekonomicznym. Chińska gospodarka pomyka do przodu, ale nikt tam nie ogląda się na koszty dla środowiska naturalnego. Chińscy oficjele nie pozostawiają złudzeń – jeśli tamtejsze przedsiębiorstwa zaczną przestrzegać takich eko-norm, jakie są np. w Europie, przestaną być konkurencyjne, a produkty z Chin najtańsze. Jak pogodzić te sprzeczne interesy? Nie mam pojęcia.