Finansowe lemingi

Można mnóstwo stracić, gdy w inwestowaniu kierujemy się modą.

W marcu inwestorzy znów wycofali prawie 2 mld zł z rachunków funduszy inwestycyjnych. Prawdopodobnie skończyła się im cierpliwość. Jeśli skuszeni obietnicą wielkich zysków kupili jednostki funduszy akcji w ostatnie wakacje, dziś są na minusie jakieś 30 proc. Coraz głośniej mówi się o globalnej recesji i końca spadków na giełdzie na razie nie widać.

Prawdę mówiąc współczuję głównie tym, którzy weszli „w akcje” na szczycie górki. Stali się jednak ofiarami nie tylko własnej chciwości (która, jak mawiał bohater filmu „Wall Street” Gordon Gekko – jest dobra), ale przede wszystkim inwestycyjnej mody. Takich inwestycyjnych zachowań stadnych było zresztą więcej i za każdym mnóstwo osób na tym traciło.

Z początku wieku warto przypomnieć krach dot-comów, dotknął on jednak głównie giełdy w USA. Ale z naszego podwórka – w ostatnich latach rewelacyjnie sprzedawały się jednostki funduszy inwestycyjnych z magicznym słówkiem „nieruchomości” w nazwie. W niektórych przypadkach po prostu inwestowały one pieniądze w akcje spółek budowlanych notowanych na warszawskiej giełdzie. Choć analitycy ostrzegali, że ich wyceny są znacznie zawyżone, nikt nie słuchał. Potem była moda na „MiSie” – czyli fundusze inwestujące w akcje małych i średnich spółek. W obu przypadkach ostatnie załamanie najbardziej dotknęło te właśnie branże, bo ich akcje były stosunkowo najdroższe i najbardziej rozdmuchane.

Teraz z kolei mnóstwo osób odkryło surowce. Bo skoro nie akcje, to może twarde walory. Ropa i miedź biją rekordy, złoto jest najdroższe od ćwierć wieku. Ponad owczy pęd z rzadka przebijają się głosy niektórych analityków, że na rynku surowcowym też działają spekulanci i wszystko to coraz bardziej przypomina narastającą bańkę.

Co więc robić? Niestety, na trudne czasy w inwestowaniu nie ma jasnej recepty. Może więc małymi kroczkami – ale konsekwentnie? Ostatnio trafiłem w sieci na ciekawy poradnik – warto kliknąć.