Pary nie do pary

Nauczmy się słówka „decoupling”. Być może ostatnia szansa na uniknięcie globalnej recesji.

 

W zeszłym tygodniu na giełdach znów powiało chłodem. Rynki finansowe straciły cierpliwość do złych wiadomości – jak napisali analitycy Expandera. Optymizmem nie napawają też takie analizy, jak chociażby w „Financial Times” (jest tam też link do polskiej wersji, ale tłumaczenie nie jest najlepsze).

 

Wraz z obawami o osuwanie się globalnej gospodarki w recesję powracają pytania o prawdziwość tzw. teorii „decouplingu”. To bardzo modna idea, lansowana ostatnio przez wielu ekonomistów i publicystów. W dużym skrócie chodzi o to, na ile światowa gospodarka uniezależniła się od koniunktury w USA (z ang. decouple – rozłączać, rozparowywać, desynchronizować, w tym kontekście – zastąpić). Do tej pory wszelkie wahnięcia globalnego PKB były zależne od tego, jak rozwijają się Stany Zjednoczone (sławne powiedzenie, że gdy Ameryka kicha, Ziemia ma katar). Tymczasem – i to widać coraz wyraźniej – Stany przestają już powoli być jedynym motorem świata. Choć wciąż są jego głównym konsumentem (a raczej obżartuchem). Tymczasem siła ciężkości przesuwa się coraz bardziej w stronę Azji, Dalekiego Wschodu, a przede wszystkim Indii i Chin. W idei decouplingu chodzi właśnie o pytanie, na ile to przesunięcie już nastąpiło. I czy kraje rozwijające są w stanie przejąć pałeczkę? Czy bogacąca się chińska i indyjska klasa średnia zapewni nowe rynki zbytu, które zastąpią zaciskających pasa Amerykanów?

 

Jak na razie mieszkańcy tych krajów razem wzięci konsumują jedną piątą tego, co mieszkańcy USA. Ale odpowiadają już za wytworzenie 14 proc. światowego PKB. Koncerny takie jak Coca-Cola sprzedają już więcej napojów na rynkach wschodzących, niż w USA. Procter & Gamble, gigant chemii gospodarczej zawdzięcza dobre wyniki finansowe temu, że już co trzeci produkt sprzedaje w Azji. I ten trend się utrzymuje. Przekładając teorię decouplingu na nasze – oznacza ona mniej więcej tyle, że pomimo spowolnienia gospodarczego (a nawet recesji w USA) niektóre kraje – w tym Polska – mają szansę rozwijać się bez przeszkód.

 

Jak na razie rynki gracze na rynkach finansowych są sceptyczni co do decouplingu. Jak mawia znajomy makler, to raczej kwestia pewnego sentymentu, tradycyjnego zapatrzenia na Wall Street. Wszak większość kapitału wciąż pochodzi z rynków anglosaskich, a decydujący o jego przepływie mają w szufladach dyplomy Oxfordu, Cambridge itp. Czy to jednak możliwe, że aż tak bardzo nie wyczuwają pulsu światowej gospodarki?