Inteligenci do garów

Na rynku pracy porobiło się tak, że lepiej być budowlańcem niż wykształciuchem.

Od kilku miesięcy znalezienie w większych miastach ekipy do zbudowania lub remontu domu graniczy z cudem. A gdy ten cud się już wydarzy, słono kosztuje. Niedawno znajoma usłyszała od kafelkarzy, że taką małą robotę na jeden dzień za tysiąc zł to sobie może sama zrobić, bo im się nie kalkuluje i nie przyjdą.

Wyjaśnienie tego fenomenu znajduje się w danych firm pośrednictwa pracy oraz Głównego Urzędu Statystycznego. Według GUS płace Polaków w 2007 roku wzrosły o 12 proc., ale tę średnią zaniżają takie branże jak administracja publiczna (podwyżki o 4,3 proc.), nauczyciele (5,8 proc.), górnictwo i transport (poniżej 7 proc.). GUS twierdzi, że w tym samym czasie płace w budownictwie skoczyły o 16 proc., ale prywatne firmy doradztwa personalnego mówią raczej o wzroście 20-30 proc. Podobnie jest w całym sektorze tzw. usług (kelnerzy, technicy dźwiękowcy, przedstawiciele handlowi, doradcy finansowi, nauczyciele językowi, kierowcy, hydraulicy, elektrycy, pracownicy serwisów agd / rtv). Wielkie koncerny, które lokowały u nas swą produkcję ze względu na tanią siłę roboczą, teraz zaczynają tę siłę dopieszczać. Za sekundę sypnie podwyżkami w handlu – już dziś na co drugiej wystawie sklepowej wisi kartka „Do pracy przyjmę”. Widać wyraźnie – rośnie głównie zawodom do niedawna najgorzej opłacanym, niedocenianym, prostym czynnościom, do których nie trzeba dyplomu MBA, ale które ktoś przecież musi robić.

Nie wiem czy pamiętacie Państwo, jak dwa lata temu Prawo i Sprawiedliwość zdobywało popularność hasłami powszechnego uczestnictwa w sukcesie gospodarczym kraju, równomiernego konsumowania owoców wzrostu itp. Tak aby rosnące PKB przekładało się wszystkim na wyższe zarobki, a nie tylko tym strasznym lekarzom, prawnikom, dziennikarzom i przedsiębiorcom. Słowa działaczy PiS okazały się poniekąd prorocze, aczkolwiek to nie politykom zawdzięczamy tę zmianę, a krajom Unii Europejskiej, które wsysają naszych fachowców, techników i złote rączki, płacąc im przy tym spore dniówki. Tak więc drodzy inteligenci, wykształciuchy i inne darmozjady – jeśli nie dostaliście ostatnio podwyżki i nie ma na nią widoków, może warto się przekwalifikować?