Premierowi się odmawia

Czas sobie powiedzieć w oczy niewygodną prawdę: polscy urzędnicy zarabiają za mało, a administracja jest niewydolna. Bez szybkich zmian nasze państwo czeka administracyjny paraliż.

Pisałem już na tym blogu o zbyt niskich zarobkach w polskiej administracji. Widać to szczególnie w Warszawie, gdzie do pracy w ministerstwach i urzędach centralnych następuje już selekcja negatywna – idą tam osoby, które nie znalazły pracy nigdzie indziej. Osoba po studiach, bez doświadczenia, za to ze znajomością języków obcych, dostanie na start 2-2,3 tys. brutto. Za takie pieniądze w stolicy trudno się utrzymać, a lepsze płace oferuje się już w większości firm prywatnych.

Słabe płace to jednak nie jedyna przyczyna zapaści kadrowej w urzędach i ministerstwach. Katastrofą jest postępujące upolitycznienie administracji i służby cywilnej. Gdy wymyślano ten system w 1990 roku, idea była taka: minister oraz jego najbliżsi współpracownicy (gabinet polityczny, sekretarze i podsekretarze stanu) są z nadania politycznego i zmieniają się wraz ze zmianą rządu. To oni narzucają wizję. Cała reszta – na czele z dyrektorami departamentów oraz urzędnikami – to korpus profesjonalnej służby cywilnej, po zdaniu państwowego egzaminu z zagwarantowaną pewnością zatrudnienia. Oni realizują wizję, to załoga statku. Trwa, nawet jeśli zmienia się kapitan. Teoria była piękna. W praktyce przy każdej zmianie rządu kadrowa miotła czyściła ludzi do coraz niższych szczebli, a konkursy na obsadę wszystkich wyższych stanowisk w ministerstwach stały się fikcją. Ten system, zdaniem ekspertów, choć nie był idealny, zaczynał jednak powoli przynosić pierwsze korzyści i należało go zmieniać drobnymi krokami. Tymczasem rząd Prawa i Sprawiedliwości przygotował istną rewolucję.

Odsunięto od ważniejszych stanowisk pracowników służby cywilnej i wprowadzono tzw. państwowy zasób kadrowy (PZK), z którego rządzący mogli sobie dowolnie dobierać i zwalniać współpracowników. To praktycznie odcięło drogi niepolitycznego awansu na kierownicze stanowiska. Ścieżki wielu karier – często rozpisane na lata – nagle skończyły się ślepą uliczką. W ten sposób rząd PiS ostatecznie upolitycznił kadrę urzędniczą i ugruntował w Polsce tzw. system łupów, który funkcjonuje w USA i objawia się w dużym skrócie tym, że nowa administracja wymienia wszystkich we władzach federalnych, ze sprzątaczkami włącznie. Tylko że tam partia republikańska i demokratyczna to instytucje życia publicznego z olbrzymim zapleczem kadrowym. U nas jest tylko krótka ławka rezerwowych.

Nie od dziś wiadomo, że rząd Donalda Tuska chciałby coś z tym fantem zrobić. Na razie w Sejmie leży projekt posłów Lewicy i Demokratów, którzy proponują cofnięcie zmian wprowadzonych przez PiS, w tym likwidację państwowego zasobu kadrowego. Rząd przygotowuje własny projekt, w dużej mierze zbieżny z pomysłami posłów LiD. Chce m.in. odsunąć PZK i przywrócić służbę cywilną dla wyższych stanowisk w ministerstwach i urzędach. Ale jednocześnie planuje otworzyć dostęp do nich dla ekspertów „z zewnątrz” (to oznacza prawdopodobnie stworzenie nowego sposobu naboru, np. konkursu), a nawet dopuścić do niektórych stanowisk w polskich urzędach obywateli innych państw Unii Europejskiej. Tutaj można znaleźć zarys rządowych planów – szczegóły w postaci projektów ustaw mają trafić do konsultacji międzyresortowych w najbliższych dniach. Jak zapowiadają przedstawiciele rządu, likwidacja PZK jest tylko pierwszym etapem reformy administracji, która ma być skuteczniejsza, lepiej zarządzana, a może nawet opłacana. Pytanie tylko, co z tych zapowiedzi uda się zrealizować. Szczegóły mają być znane jeszcze przed wakacjami.