Być kobietą (na emeryturze)

Większość Polek woli pracować krócej i mieć mniejsze emerytury. A ja się im wcale nie dziwię.

Choć – jak wynika z tekstu – dziwią się trochę autorzy ciekawego raportu „Gazety Wyborczej”.

O zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn mówi się już od jakiegoś czasu. Dziś „one” mogą skończyć życie zawodowe w wieku 60 lat, a „oni” w wieku lat 65. W perspektywie najbliższej dekady przywrócenie równowagi to konieczność, jeżeli piramida finansowa systemu emerytalnego ma jakoś funkcjonować. Naród się starzeje, a przy tym żyje coraz dłużej. Coraz mniej dzieci nie zapracuje na przyszłe emerytury. Tymczasem społeczeństwo pomysłowi zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn mówi twardo: nie. A najgłośniej mówią to same zainteresowane. Chce tego zaledwie 22 proc. z nich. Większość Polek widzi się na starość raczej w roli babki wychowującej wnuki i dbającej o dom.

Mówiąc szczere – ja się im wcale nie dziwię. Polski rynek pracy jest dla kobiet zorganizowany w sposób głęboko patologiczny. Nawet jeśli są lepiej wykształcone, zazwyczaj zarabiają mniej niż faceci na takich samych stanowiskach. Są pomijane przy awansach. Pracują krócej nie tylko dlatego, że wcześniej idą na emeryturę. Wypada im średnio rok z życia zawodowego na każde dziecko. Matka trzylatka jest dla przeciętnej firmy obciążeniem, a nie cennym pracownikiem (bo przeziębienia dziecka, bo częste zwolnienia, bo niańka nie przyszła, bo przedszkole…). W efekcie zawsze – i jeszcze na długo – będą zarabiać mniej. W Polsce na rynku pracy obowiązuje tak zwana równość płci i tak zwane równouprawnienie, które nijak nie przypomina tego wdrożonego np. w Zachodniej Europie.

Decyzja o jak najszybszym pożegnaniu się z pracą, nawet za cenę niższych świadczeń na starość, nie jest więc świadectwem ekonomicznej głupoty kobiet, tylko chłodnej pragmatyki. O ile uda się zwiększyć tę nędzną zapomogę z ZUS, harując jeszcze kilka lat. O 50-100 zł miesięcznie? Czy to warto, skoro i tak będzie nędzna.

Dalej Wyborcza pisze, że taki „feminizm po polsku” umiera na naszych oczach. Młodzi Polacy, zwłaszcza wychowani już w III RP, są twardymi zwolennikami zrównania wieku emerytalnego. Rozumieją argumenty, że późniejsza emerytura to dla kobiet przedłużenie aktywności życiowej (zgadza się z tym 80 proc. 18-25-latków), to wyższe świadczenia (81 proc.), to także zmniejszenie nierówności między płciami (64 proc.). Choć te wyniki powinny cieszyć, moim zdaniem są nieco zafałszowane i z taką tezą trudno się zgodzić. Najmłodsze pokolenie, które wzięło udział w badaniu, pewnie wiedzie sobie słodkie życie studencko-uczniowskie. Nie ma pojęcia o takich rzeczach jak obciążenia związane z prowadzeniem domu czy rodziny. Nie zetknęło się też z brutalnymi realiami dyskryminującego rynku pracy. W tej materii – moim zdaniem – emerytalny liberalizm i zapędy feministyczne młodego pokolenia będą wygasać, im dalej w życie.