Ich giełda, nasze portfele

0gpw.jpg

Fot. Jacek Wajszczak / REPORTER

Dlaczego wszystkich nas powinny martwić spadki na giełdach.

Gdy w sierpniu pisałem o fali spadków na giełdach, internautka Ika zadała dość proste, ale w sumie trafne pytanie: no i co z tego? Co właściwie bessa na giełdzie oznacza dla tzw. zwykłych ludzi, którzy na niej nie inwestują (albo nie grają).

Od tamtej pory temat sytuacji na giełdzie poruszałem kilkakrotnie, a indeksy po gwałtownych wahaniach, znowu zjeżdżają w dół (wracając do punktu, w którym były w marcu 2007 r. – patrz wykres). Trzeba więc wreszcie zadać sobie to pytanie: co długotrwała bessa – o ile nastąpi – oznacza dla naszych portfeli.

Po pierwsze. O giełdzie mówi się, że jest barometrem gospodarki. Tyle tylko, że na sytuację reaguje zazwyczaj z wyprzedzeniem (podobno ok. pół roku). Cena akcji jest zazwyczaj wypadkową zysków osiąganych przez notowane na giełdzie spółki. Jeśli inwestorzy spodziewają się, że zyski te będą mniejsze, sprzedają swoje papiery (i ich cena spada, a wraz z nimi giełdowe indeksy). Jeśli nie spodziewają się wzrostu zysków, papierów nie skupują, a więc ich cena nie rośnie. To akurat by się zgadzało – stagnacja i miejscami spadki na warszawskim parkiecie to potwierdzenie prognoz co do stanu naszej gospodarki na lata 2008 i 2009 – będzie wzrost PKB, choć już nie tak imponujący jak w tym roku. Efekt psychologiczny jest jednak większy – patrząc na słabe wyniki giełdy, szefowie innych przedsiębiorstw wpadają w pesymizm – dają mniej pieniędzy na inwestycje, mniej kupują maszyn, tworzą mniej miejsc pracy itp. – a to już czuje cała gospodarka.

Po drugie. Spadki na giełdzie to słabsza koniunktura dla firm, które na nią wchodzą. Jeśli debiutują w okresie bessy, ich papiery nie osiągają tak wysokich cen, jakie marzą się właścicielom spółek. W ten sposób spółkom nie udaje się zdobyć od inwestorów kapitału, który zakładali. Znowu – mają mniej pieniędzy na inwestycje, mniej kupują maszyn, tworzą mniej miejsc pracy itp. – a to już czuje cała gospodarka.

Po trzecie. Według różnych szacunków ok. 1,5 mln Polaków lokuje swe oszczędności w fundusze inwestycyjne. Powierzyliśmy im już prawie 140 mld zł, z czego w ciągu ostatniego roku większość wpłat trafiła do funduszy akcyjnych, stabilnego wzrostu i zrównoważonych. W związku z tym prawie 70 proc. powierzonych funduszom pieniędzy „pracuje” na giełdowych parkietach. Jeżeli na giełdach trwa bessa, wyniki funduszy lecą w dół. Inwestujący w nich tracą pieniądze. Mają mniej pieniędzy, więc kupują mniej towarów i zaciskają pasa. Mniej kupują – więc firmy mają mniejsze zyski, mniej pieniędzy na inwestycje, mniej kupują maszyn, tworzą mniej miejsc pracy itp. – a to już czuje cała gospodarka.

Po czwarte. Otwarte fundusze emerytalne. Choć z zasady inwestują głównie w tzw. bezpiecznie instrumenty finansowe (np. państwowe obligacje), częścią pieniędzy obracają na giełdzie. I to jest ta akurat część, która rzeczywiście będzie miała realny wpływ na to, czy nasze emerytury za kilkadziesiąt lat będą głodowe, czy tylko mizerne. A skoro na giełdach spadki – moja przyszła spokojna starość, emeryckie wycieczki na Seszele 😉 i tym podobne – odpływa w siną dal. I to już powinno martwić nas wszystkich pracujących.

I to z grubsza tyle na temat, dlaczego głębokie spadki na giełdzie powinny martwić tych, którym się wydaje że nie mają z nią nic wspólnego.