Dlaczego pójdę na wybory

Czego nie mogę wybaczyć braciom Kaczyńskim.

Oczywiście, że pójdę na wybory. Ale nie dlatego, że dzięki temu w poniedziałek obudzę się w nowej, lepszej Polsce. Prawdę mówiąc nie łudzę się, że coś się zmieni na lepsze. Politycy pozostaną cyniczni i niechętni niepopularnym decyzjom. Autostrad i obwodnic błyskawicznie nie przybędzie. Podatki nie będą zmniejszone. Biznes nie będzie miał od ręki łatwiej. Firmy nie przestaną tonąć w morzu biurokracji i nie da się ich zakładać kilkoma kliknięciami myszki w internecie. Dalej będą powstawać prawne gnioty, a administracja państwowa nie przestanie marnować publicznych pieniędzy. Przynajmniej nie od razu.

Do tego trzeba gruntownej zmiany mentalności i sposobu myślenia. Całych lat, a nawet dekad. Być może pokoleniowej zmiany kadry w centralnych urzędach, ministerstwach, a nawet w najmniejszych gminach. Tak żeby betonową frazę „tego się nie da zrobić” zastąpić: „pomyślmy jak to zrobić”. Nowa władza, o ile po wyborach przejmie ster od PiS-u, będzie musiała zacząć od wielkiego sprzątania. Nie łudzę się, że pójdzie sprawnie. Liczę najwyżej na mały krok w stronę normalności. Ale to nie jest powód, dla którego pójdę na wybory. 

Jednej rzeczy nie mogę darować braciom Kaczyńskim: w czasach, gdy wszyscy powinniśmy współpracować, aby uczynić z naszej ojczyzny kraj nowoczesny i otwarty na świat, poszczuli Polaków na siebie. Młodych na starych. Pacjentów na lekarzy. Pracowników na pracodawców. Biednych na bogatych. Prowincję na miasta. Skłócili rodziny, lokalne społeczności, całe grupy społeczne. Zamiast wykorzystać dziejową szansę, jaką daje niesamowita koniunktura gospodarcza i wejście do Unii Europejskiej, zaciągnęli hamulec ręczny i dali całą wstecz. Dlatego pójdę na wybory.