Publiczne czy prywatne.

Gdzie są granice tego, co możemy a czego nie możemy robić w mieście?

Zaginął mi w weekend pies. Błyskawicznie wydrukowałem ogłoszenia i chciałem je rozlepić po okolicy, bo sposób to dość skuteczny. Rozlepia się – wiadomo – w miejscach jak najbardziej uczęszczanych, więc odwiedziłem m.in. supermarkety. Jakież było moje zdziwienie, gdy w kilku z nich ochrona kategorycznie zabroniła mi wieszać czegokolwiek. Z grzeczności wymienię tych, którzy pozwolili – MarcPol, dwa osiedlowe Groszki, Biedronka. Ci, którzy nie pozwolili, niech się wstydzą – właściciele tych sklepów udowodnili, że mają w nosie tzw. lokalną społeczność i lokalne sprawy. Pies odnalazł się właśnie dzięki przypiętej w widocznym miejscu kartce.

Cała ta historia przypomniała mi głośną sprawę młodego człowieka, brutalnie potraktowanego przez ochroniarzy za to, że na terenie Centrum Handlowego Janki robił zdjęcia nieba (tę bulwersującą historię opisała Wyborcza tu i tu).  

Robienie zdjęć rzeczywiście stało się ostatnio kwestią ryzykowną. W centrach handlowych, biurowcach, ba – nawet na nowych osiedlach strzeżonych – zawsze nas może napaść jakiś mundurowy. Przykra obłuda właścicieli tych miejsc (w tym również władającej Jankami firmie Apsys) polega na tym, że ogłaszając te inwestycje, lub też starając się o pozwolenie na ich wybudowanie, zawsze obiecują stworzenie przestrzeni publicznej, gdzie mieszkańcy będą się spotykać, pić kawę, spędzać wolny czas. Nowe agory, deptaki, aleje, drugie centra miast i tym podobne brednie. A gdy potem ktoś rzeczywiście poczuje się swobodnie, i nie daj Boże wejdzie na równo przystrzyżony trawniczek, zaraz go dopadnie ochrona.

Być może rację miała Naomi Klein w swej książce „No Logo”, ostrzegając, że prywatne korporacje komercjalizują i zawłaszczają dla siebie zbyt wiele przestrzeni publicznej, spychając nas do roli klientów, którzy mają jedynie wydać pieniądze i jak najszybciej wyjść.