Rozpacz w portfelu

Jak to jest? Inflacja podobno minimalna, a ludzie narzekają, że wszystko drożeje.

Wystarczy zapytać znajomego studenta, babcię, siostrę czy narzeczoną. Zaraz odpowie, że ceny rosną. Niektórzy nawet straszą – Puls Biznesu doniósł, że drożyzna przetrzebi wszystkim portfele, bo według prognoz przygotowanych przez ekspertów Agencji Rynku Rolnego „czekają nas kolejne, znaczące podwyżki cen chleba, makaronu, ciastek, słodyczy i innych produktów bazujących na surowcach zbożowych oraz mleczarskich”. Wszystko z powodu podwyżek cen zbóż i mleka (tu jest link do tego tekstu z darmowego archiwum Gazety).

Powszechnego przekonania, że ceny nie rosną, nie potwierdzają jednak dane GUSu. Inflacja za ostatnie dwa lata nie przekroczyła nigdy trzech procent. Jak więc wytłumaczyć ten fenomen? Pewnie najciekawsza byłoby dogłębne zbadanie tzw. koszyka cen w Głównym Urzędzie Statystycznym na podstawie którego obliczany jest wskaźnik inflacji (czyli ok. 2 tys. regularnie badanych produktów, z których korzysta przeciętne gospodarstwo domowe). Ja jednak mam na to teorię psychologiczną, którą chciałbym się podzielić. Otóż pobieżne obserwacje mogą wskazywać, że ceny rosną tam, gdzie nie widzi tego wzrostu GUS. Np. dniówki robotników budowlanych, mechaników samochodowych czy opiekunek dla dziecka, notorycznie rozliczanych „na czarno”, a więc bez kontroli statystyki. Albo cena metra mieszkania, która wg. GUS wynosi 2650 zł. Podczas gdy mieszkaniec dużego miasta rzadko płaci dziś poniżej 6 tys. za metr. Urząd, wielokrotnie rozjechany przez media za podawanie tak nierealnych wartości tłumaczy co prawda, że jest to tylko wskaźnik nakładów poniesionych przez inwestorów. I do tego jeszcze uśredniony na całą Polskę, a więc również na mieszkania w Grybowie, Wolbromiu i Suchej Beskidzkiej. Wiadomo jednak, że na początku roku ceny materiałów budowlanych wystrzeliły w górę. A w GUSie nakłady spadły.

Idąc dalej teorią psychologicznego wzrostu cen można powiedzieć, że rosną one głównie dla lepiej zarabiającej klasy średniej. Tzw. dolna półka w supermarketach, produkty i marki najtańsze, czy też cały asortyment dyskontów – tam ceny trzymają się nisko, bo klient czuły na wszelkie podwyżki. Jeżeli jednak wkładamy do koszyka produkty lepszej jakości, to odczuliśmy wzrost cen o 10-15 proc. (np. przy markowych słodyczach, serach, jogurtach i „lepszym” nabiale). Poza tym zdrożało kino, wycieczki, basen, siłownia, fitness. Drożeją więc rzeczy, z których korzystają osoby aktywniej korzystające z życia, ale też i zamożniejsze. Ergo – takie, które są w stanie zaakceptować ten wzrost.

Tyle moich obserwacji na czuja. A co Państwo o tym sądzą?