Nieznośna seryjność bytu

Najbardziej lubimy piosenki (gry, filmy, książki…) które już znamy. Niestety.

Przeglądałem ostatnio listę gier komputerowych, które mają trafić na rynek przed Gwiazdką. Nie robię tu żadnego odkrycia – większość z nich to kontynuacje oznaczone kolejnymi cyframi. Co my tu mamy? Dla fanów strategii kolejna mutacja zarządzania miastem SimCity, tym razem z podtytułem Societes oraz Empire Earth III. Kolejna edycja FIFA (dwunasta?), kolejne NBA LIVE. Nihil novi w grach akcji: trzecie Halo, czwarte Call of Duty oraz trzeci Unreal Tournament. Nawet klasyczne przygodówki, gdzie chyba najłatwiej o oryginalny scenariusz, wskrzeszają przebój sprzed lat, czyli Sam & Max.

Sequele, prequele, dodatki. Kontynuacje kontynuacji. Ciągłe mielenie tych samych pomysłów. Mój Boże – gdzie te czasy kiedy z każdą premierą dało się zachwycić czymś nowym i oryginalnym. Świat gier komputerowych nie jest tu oczywiście żadnym wyjątkiem. W wakacje w kinach znów ganiał trudny do zabicia Bruce Willis (Szklana Pułapka) oraz kaptn Jack Sparrow (Piraci z Karaibów). Powraca Indiana Jones. Masowa literatura też zaczyna się karmić prawem serii. Ba – nawet polityka. PiS i Platforma kręcą przecież kolejne odcinki tej samej reklamówki Mordo ty moja, a już słyszy się, że poniedziałkowa debata Kaczyński-Kwaśniewski przyciągnęła tak dużą widownię, że być może będziemy mieli sequel.

A mi się zdaje, że to chyba będzie największa bolączka branży rozrywkowej w najbliższych latach. Branży, która – podkreślmy – z roku na rok globalnie przynosi coraz większe przychody. Przykładowo do kasy takiego Electronics Arts (EA), największego wydawcy gier na świecie, w 2006 roku wpłynęło prawie 3 mld dolarów. Nie podali, ile w tym było pieniędzy z The Sims, najbardziej dochodowej serii gier w historii (siódmy rok w sprzedaży). EA opanowała sztukę ponownego sprzedawania prawie tych samych produktów do perfekcji. Rocznie wychodzi kilka dodatków do The Sims. Każdy rozszerza grę o nowe funkcje. Każdy kosztuje około 100 zł.

Z punktu widzenia biznesu nie ma się czemu dziwić. Koszt wypromowania czegoś nowego jest znacznie większy, niż już znanego i lubianego. W Hollywood kręci się więc za jednym podejściem materiał na kilka filmów. A potem wpuszcza do kin w odstępie kilku miesięcy (Władca Pierścieni, dwa z trzech Matrixów, dwie ostatnie części Piratów z Karaibów). I oczywiście zawsze otwiera się w scenariuszu furtkę na kolejną odsłonę. Niedługo pierwsza część będzie pewnie robiona po kosztach, a zarabiać będzie się na drugiejczy trzeciej. Cieszą się aktorzy – Johnny Depp, czy nasz rodzimy aktor mordo-ty-moja, kasując rekordowe gaże. Cieszą się reklamodawcy – bo lubią przewidywalność. Paradoksalnie cieszą się nawet widzowie czy gracz – kupują rzecz znaną i sprawdzoną, a więc zdejmują z siebie ciężar podejmowania decyzji i ryzyko nietrafionego wyboru. Prawo serii póki co jest bezlitosne. Pytanie tylko jak długo. Bo ci na końcu łańcucha, odbiorcy, w końcu mogą się jednak znudzić