Spacerkiem po krawędzi

Ponad połowie Polaków grozi niewypłacalność w razie kryzysu gospodarczego.

Takie niepokojące wnioski płyną z raportu firmy doradztwa finansowego AZ Finanse opublikowanego w „Gazecie”. W badaniu wzięło udział kilka tysięcy klientów banków w całej Polsce. Zapytano m.in. jak długo będą w stanie spłacać swoje zobowiązania (raty kredytów, stałe wydatki rodziny) w razie utraty pracy. 62. proc. ankietowanych pociągnie zaledwie miesiąc. Co trzeci jest w stanie obsługiwać swe zadłużenie przez 3 miesiące. Zaledwie co dziesiąty z nas ma tak komfortową sytuację, że po utracie pracy będzie mógł dalej spłacać kredyty przez ponad pół roku.

AZ Finanse zapytało też, jaki procent dochodów rodziny idzie na wydatki stałe (rachunki, raty kredytów itp.). I znów wyniki niepokojące. Aż połowie z nas sztywne wydatki pożerają ponad połowę pensji, a co trzeciemu od 20 do 50 proc.
Co to oznacza w praktyce? Że żyjemy na styk, wydajemy większość swoich pensji i nie oszczędzamy na czarną godzinę.

Oczywiście trudno jest mieć ludziom za złe, że chcą żyć na przyzwoitym poziomie i mieszkać na swoim, a nie kątem u teściowej. O tą niepokojącą sytuację nie obwiniałbym jednak konsumpcji rozdętej ponad stan. Kolosalne zadłużenie Polaków nie wynika z zakupu na raty 60-calowej plazmy, a raczej z zaciągnięcia kredytu na 60-metrowe mieszkanie. Porażające raty za porażająco drogie mieszkania są głównym wydatkiem gospodarstw domowych w kraju. A luźne kryteria przyznawania kredytów powodują, że coraz więcej rodzin zadłuża się poza margines bezpieczeństwa.

Tak długo jak gospodarka się rozwija, zarobki rosną, a widmo bezrobocia nie zagląda w oczy, jest w porządku. Gorzej, gdy pojawi się kryzys, ludzie zaczną tracić pracę, a stopy procentowe (koszt kredytu) wzrosną. Kto z dziś biorących kredyt hipoteczny na 40 lat zakłada, że przy najbardziej sprzyjających wiatrach spłacając go przeżyje co najmniej jedną poważną recesję gospodarczą? Prawa statystyki są tu nieubłagane – jak rośnie, to musi kiedyś spaść.