Made in China

Toksyczne zabawki straszą. Ale panika szkodzi bardziej.

Sprawa toksycznych zabawek z Chin, wałkowana od kilkunastu dni w mediach, pociągnęła za sobą pierwsze ofiary. Zhang Shuhong, właściciel zakładu, który na zlecenie firmy Mattel produkował figurki z ulicy Sezamkowej (ze szkodliwą zawartością ołowiu) powiesił się w przyfabrycznym magazynie. Mattel wycofał z rynku te figurki, podobnie jak pół miliona samochodzików (pomalowanych toksyczną farbką), 18 milionów (!) zabawek z malutkimi magnesikami, które mogą się obluzować i zostać połknięte przez niemowlaka. Na razie kosztowało to firmę 30 mln dolarów, ale ostatecznie ta suma będzie pewnie 2-3 razy wieksza. Zabawki z Chin wycofują również inni producenci, nie jest więc wykluczone, że ofiar będzie więcej.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście i w jakim stopniu ucierpią najmłodsi. Hasło trujących zabawek jest chodliwe. Przetoczyło się przez media, temat wraca w dyskusjach zaniepokojonych rodziców na placu zabaw. W doskonałym felietonie Leszka Talki
dzieciak dopytuje się, skąd się bierze rower, telewizor, klocki, czosnek, latarka, a rodzic zerkając na metkę za każdym razem stwierdza z zadziwieniem że „schin”. To prawda – mnóstwo tanich rzeczy produkowanych jest na Dalekim Wschodzie, w tym absolutna większość zabawek. Moja 2-letnia córeczka ma na półce głównie zabawki made in China, sporadycznie made in Turkey, Indonesia, Taiwan. Nawet jeżeli pochodzą one od polskich producentów.
Przed tym zjawiskiem – globalizacją w czystej postaci, nie ma ucieczki. W krajach Azji działa tysiące anonimowych firm, które tanim kosztem wykonują brudną robotę koncernów. Te firmy mają swoich podwykonawców – jedni dowożą farbki, inni magnesiki, sztuczną watę do wypełniania pluszaka czy żaróweczki. To całe łańcuszki, a gdy po drodze wszyscy duszą koszty do minimum, wpadki po prostu muszą się zdarzać. Niska cena ma niestety swoja cenę.

Dwa lata temu zaniepokoiłem się informacjami o toksycznych ftalanach w dziecięcych zabawkach. Przygotowując o tym artykuł do POLITYKI znalazłem dwie ciekawe prawidłowości. Po pierwsze – że jeśli nawet jakiś związek jest szkodliwy, to występuje w śladowych ilościach. Żeby rzeczywiście zaszkodził, trzeba by go przyswoić kilogramy. Po drugie – że wyniki badań o szkodliwości lub nieszkodliwości danej substancji zależą w dużej mierze od tego, kto te badania zleca i wykonuje.

Pierwsza obserwacja jest krzepiąca, druga niestety mniej. Ale nie dajmy się zwariować – bardziej możemy dzieciakowi zaszkodzić zabierając mu zabawkę pomalowaną toksyczną farbką z ołowiem, i wysyłając na plac zabaw, który – jak to w dużym mieście – zazwyczaj mieści się koło ruchliwej ulicy.