Pieniądze to nie wszystko - Blog ekonomiczny Piotra Stasiaka Pieniądze to nie wszystko - Blog ekonomiczny Piotra Stasiaka Pieniądze to nie wszystko - Blog ekonomiczny Piotra Stasiaka

13.07.2007
piątek

Harry Potter i copyrightowa paranoja ™

13 lipca 2007, piątek,

Gdy prawnicy zabiorą się za wszystkie sfery życia, świat pogrąży się w chaosie.

Taka smutna refleksja naszła mnie przypadkiem, gdy spojrzałem na opakowanie gry komputerowej „Harry Potter i Zakon Feniksa”. Gra to – obok filmu kinowego, klocków Lego, serii komiksów, naklejek, koszulek i mnóstwa podobnego badziewia – typowy przykład, jak współczesny marketing wyciska z ikon pop-kultury pieniądze na każdym możliwym polu. Przygody nieletniego czarodzieja to żyła złota i każdy chce na nich zarobić. A zanim zacznie zarabiać, musi najpierw sam wyłożyć pieniążki na zakup praw autorskich od ich właścicieli – autorki J.K. Rowling i wytwórni firmowej Warner Bros. A żeby przypadkiem nie zaczął zarabiać nielegalnie, prawnicy wkroczyli do akcji i jako znaki towarowe (z ang. TM) zastrzegli prawie wszystko, co w historii o Harry’m Potterze zastrzec się dało.

Znakiem towarowym jest więc nazwa Harry Potter i Zakon Feniksa, poczciwy profesor Dumbledore czy nazwa magicznej szkoły Hogwart. Stosownymi ograniczeniami obwarowano takie nazwy jak np. Dementorzy (bardzo ładne określenie złego ducha) czy Fasolki o Wszystkich Smakach. Zastrzeżone. Jeśli zechcemy wykorzystać, np. tworząc sobie fanowską stronę internetową, zaraz wkroczą do akcji prawnicy, przygotują stosowne pozwy i domagać się będą tantiem.

Efekty widać na poniższym zdjęciu, bo na okładce gry doliczyłem się 17 znaczków TM. Zaznaczyłem je czerwonym kółeczkiem. Chronią interesy twórczyni Pottera, wytwórni Warner Bros oraz Microsoftu, producenta konsoli Xbox 360.
Oczywiście nie mam nic przeciwko ochronie własnych dobrych pomysłów i praw autorskich. Ale to co jest poniżej, wygląda śmiesznie i strasznie zarazem. I pomyśleć, że kiedyś pisarze wymyślali nazwy własne i nazwiska tylko dla potrzeb tworzonej przez siebie literatury. Naiwniacy. Gdyby Tolkien dożył dzisiejszych czasów, pewnie skończyłby na szczytach list najbogatszych w show-biznesie. Wszak hobbit, Sauron czy nazgul weszły do współczesnego języka. Na Gandalfie też by się dało zarobić.
potter_feniks1.jpg

potter_feniks2.jpg

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Wcale nie jest pewne, że Tolkien byłby bogaty, gdyby dożył. a może byłoby inaczej, słowa hobbit i inne jako zastrzeżone nie weszłyby na stałe i nie popularozywały dzieł pisarza.
    Bo jak wszystko zastrzeżone, to jak moda minie, to wszyscy o tych fasolkach zapomną, gdy nie będzie można ich powszechnie używać.

  2. Choć wydaje się to śmieszne, to moim zdaniem sprawa jest jednak oczywista.
    Nic nie ujmyje twórcy Froda, ale szał medialny wokół HP rzuca w kąt wszystko, cokolwiek (łącznie z reklamą filmu) działo sie wokół Władcy Pierścieni.
    historia HP to historia tak naprawdę – tu się pewnie narażę – słabych i ciągnących się jak flaki z olejem książek. Rzeczony Zakon Feniksa na kilkaset stron akcji ma może na 50-60. Poza tym nuda.
    Ale „przedstawienie musi trwać”. Więc promuje się te książki noca, a dookoła latają poprzebierani statyści. Wielki show i wielkie pieniądze.
    Ale choć tort jest taki wielki, to niekoniecnzie trzeba się nim dzielić. W końcu ktoś inwestuje a teraz chce zarabiać.
    Poza tym nie jest tak, że jak dzieci idą ulica i kłócą się które jest Harrym Potterem (byłem świadkiem) to zaraz zza rogu wyskoczy prawnik i matka zapłaci za wypowiedziane przez dzieci słowa.
    Nie wiem jak się sprawa ma do Tolkiena, ale myślę, że gdyby ktoś zaczął pisać książki o np. nieznanych przygodach Druzyny Pierścienia, to okazałoby się, że mu nie wolno, albo zapłacić musi.
    A co do szału marketingowego to podam dwa przykłady.
    Kumple grają przez sieć w strategie drużynowe. Nazwali się imionami boahaterów z HP. Byli nawet na turnieju w Hiszpanii i we Włoszech. Lokalnych jakis ale zawsze. I jakoś nikt ich nie pozywa, dostali nawet kiedyś odpowiedź na swój list od Autorki z życzeniami sukcesów. Płacić nie muszą.
    Natomiast moja przyjaciółka mieszkająca obecnie w Kanadzie, pisała kiedyś pracę o imperium Disneya. I co sie okazało. Naprawdę duży procent zysków to wpływy z praw do wykorzystania wizerunków poszczególnych – oczywiście stworzonych prze wytwórnię – postaci.

  3. To jest przykre, nawet dzieci w trakcie przedstawień szkolnych muszą liczyć się z ZAIKSEM i krwiożerczymi prawnikami dla których liczy się tylko kasa jaką można wyciągnąć dla swoich mocodawców. Jeśli nasze prawo dopuszcza taka paranoidalną sytuację to należy się spodziewać, że w najbliższym czasie urzędy stanu cywilnego będą miały sporo pracy, wiele „Grażyn” pewnię bedzie chciało unikinąć płacenia tantiem spadkobiercom A. Mickiewicza.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Bzdura. Fanowskich stron nikt nie ściga, a sama JKR ma z nimi bardzo dobre kontakty. Prawnicy idą w ruch w przypadkach prób komercyjnego użycia.

  6. A co do Tolkiena – ma on spadkobierców, którzy owszem, pilnują Gandalfów i Sauronów.

  7. Pingback: Kultura 2.0 » Archiwum bloga » Kolejny powód, dla którego warto wyjechać do Londynu…

  8. Strategia, w której znaki towarowe uzupełniają prawa autorskie nie jest ani nowa, ani charakterystyczna dla Wielkich Złych Korporacji(TM). Pewną analogią są działania Mozilli, przy czym ponieważ nie chroni ona swoich Monopolistycznych Zysków(R), zakaz używania nazwy „Firefox” uchodzi jej bardziej na sucho. Poza tym trzeba pamiętać, że znaki towarowe należą do sfery handlu i dopóki nie zaczniemy sprzedawać płatków śniadaniowych pod nazwą Łódeczki Dementorów, nikt nam nic nie zrobi.

  9. Pingback: Northwest Pharmacy