Podatek za niebudowanie

Drżyjcie właściciele działek – rząd ma kolejny kuriozalny pomysł.

Szczęśliwi (?) właściciele nieruchomości nie narzekają ostatnio na nudę. Najpierw musieli przecież własne cztery kąty upolować, najlepiej w rozsądnej cenie, i doprowadzić do pomyślnego zawarcia umowy. Właściwie już samo to jest cudem. Jeśli się udało, to szczęśliwego (?) właściciela nieruchomości męczą kolejne zmory. Nie dość że uwierają comiesięczne spłaty rat (prawie wszystkie mieszkania, domy i działki są dziś kupowane na kredyt), nie dość że rosnące stopy procentowe te raty wciąż zwiększają, to jeszcze rząd podnosi ciśnienie, wyciągając z kapelusza coraz bardziej „genialne” pomysły.

Dopiero opadły emocje związane z podatkiem katastralnym – wyliczanym jako procent od wartości nieruchomości (premier Kaczyński własną osobą zagwarantował, że żadnego katastru za rządów PiS nie będzie). A tu Minister Budownictwa Andrzej Aumiller już ma kolejny pomysł. Podatek antyspekulacyjny od gruntów budowlanych, które leżałyby niewykorzystane przez 3-4 lata. Płaciłoby się 5 proc. wartości działki rocznie (przy działce za 200 tys. – 10 tys. zł). Ministerstwo ma nadzieję, że dzięki temu wszyscy obrzydliwi cwaniacy, którzy kupili kiedyś dużo ziemi, a teraz trzymają ją i spokojnie patrzą na wzrost cen, dostaną po kieszeni. A więc może część tej ziemi sprzedadzą. I tak przeciętny Kowalski będzie mógł się stać szczęśliwym (?) właścicielem nieruchomości.

Pomysł szczytny, ale w praktyce szybko obróci się przeciw Kowalskiemu. Na rynku rzeczywiście zacznie się ruch. Podaż terenów może skokowo wzrosnąć, co być może spowoduje nawet spadek cen, ale raczej o 10-15 proc., bo przecież nie o połowę. Większość chętnych kupi te działki na kredyt (i to spory). Rodzina Kowalskiego, męczona spłacaniem bankowych rat, będzie musiała dodatkowo wziąć na siebie ciężar budowy domu. I to szybko, bo sama za 3-4 lata zapłaci antyspekulacyjny podatek. Nie ma więc mowy o kupieniu ziemi na wsi dziś, a zbudowaniu domku na starość, na emeryturę. Wszyscy szczęśliwi (?) właściciele nieruchomości rzucą się do budowania. Ekipy murarzy, tynkarzy, dekarzy – o których już dziś jest trudno – jeszcze bardziej podbiją swoje stawki. Producenci materiałów budowlanych, widząc zwiększony popyt, podniosą ceny. Kowalski kupi więc może trochę tańszą ziemie, ale za to na pewno zapłaci więcej za resztę. Można też będzie podatek omijać – rozwlec budowę na lata.

Widać wyraźnie, że rząd uwierają wysokie ceny nieruchomości. Podobnie jak uwierają już całe społeczeństwo. Ale zdaniem rządu wszystkiemu oczywiście winni są spekulanci, kartele, układ i przysłowiowy pan Stefan, który kupił sobie trzy działki pod dajmy na to Wrocławiem. Dlatego każdy kolejny minister chciałby jakoś temu zaradzić, ale zabiera się do tego od złej strony. Eksperci od lat przestrzegali, że ceny będą rosły, bo nie ma gdzie budować. Od pana Stefana znacznie większy wpływ na rynek ma gmina. Jedną decyzją może uwolnić pod budownictwo kilkaset działek, a do tego doprowadzić jeszcze media i zbudować infrastrukturę. Uderzyć podatkiem jest jednak znacznie prościej.