Jesteśmy tego warci!

styczeń 12, 2010, wtorek

To zadziwiające, jak w czasach kryzysu szybko rozwija się w naszym kraju segment towarów z wyższej półki cenowej (tzw. premium).

Tuż przed Bożym Narodzeniem sieć dyskontów Lidl ściągała klientów reklamując Tydzień Luksusu. Jaki sam Lidl, taki i luksus to był, bo w ramach promocji można było kupić m.in. paczkowane kabanosy (za mniej niż 5 zł).

Z gazetki Lidla - tydzień luksusu

Owa akcja reklamowa nieźle ilustruje jednak trend widoczny coraz wyraźniej w naszym handlu. Sieci dyskontowe jak wiadomo, raczej nie celują w klientów z najgrubszym portfelem. A mimo to – jak widać – nawet taki klient chce sobie przed Świętami zaszaleć. Nawet on ma potrzebę sięgnięcia po towary z górnej półki, przedkładając jakość (smak, aromat, wykwintność itp.) ponad niską cenę.

Na sklepowych półkach w ostatnich dwóch latach wyraźnie przybyło towarów luksusowych. Dobry przykład to gwałtowny wzrost liczby smaków, zapachów i kolorów pudełek z herbatą. Weźmy znany wszystkim Lipton. Herbatę tej marki produkuje globalny koncern Unilever, który jednak ruszając na podbój polskiego rynku stworzył nam rodzimą jej mutację. Nazwał ją Saga. W ten sposób mieliśmy produkt masowy i bardzo tani – rodzinną Sagę, oraz pożądaną, elegantszą, pozycjonowaną jako wykwintna Lipton (w zależności od promocji różnica na pudełku 100 torebek herbaty wynosiła ok. 5 zł).

Ale w ostatnich miesiącach Liptonowi przybyło prawdziwie luksusowe rodzeństwo – herbaty nazywane Gold, White oraz kilkanaście rodzajów herbat owocowych i smakowych. Tu za cenę 100 torebek herbaty klasycznej, dostajemy ich zaledwie 20. Ale mimo to sprzedają się świetnie, bo wciąż ich przybywa. Może dlatego, że dają tyle przyjemności w spożyciu, która zapewne wynika z umiejętnie podsyconego marketingiem przeżycia.

Podobnie postąpił zresztą konkurent Unilevera - producent herbaty Dilmah, wprowadzając na rynek ekskluzywną Kolekcję Dilmah Exceptional. Reklamuje ją tak: Lively Lime & Orange Fusion - wysoko uprawiana cejlońska czarna herbata Pekoe (duży liść) daje jasnozłoty napar o egzotycznym charakterze. Nuty orzeźwiającej cytryny i kwaskowatej limonki zrównoważone są lekkim charakterem herbaty oraz słodkim aromatem pomarańczowym - kompozycja idealna na klasyczny Afternoon Tea, tradycyjny podwieczorek lub do przygotowania naturalnej herbaty mrożonej. To prawdziwy marketingowy pean.

Szaloną karierę robią sklepy z pogranicza delikatesów i supermarketów (Alma, Piotr i Paweł), rynek zdobywają luksusowe słodycze, nawet Allegro, na które wchodzi się raczej po to, aby wyszukiwać towary tańsze niż w sklepach, ostatnio zachęcało taką oto planszą:

Produkty delikatesowe na allegro

Jak powiedziano mi na jednej z konferencji u producenta wzmiankowanej wyżej herbaty, po prostu polski konsument już dojrzał do tego, aby mu zaoferować coś więcej. Zgodnie z hasłem – jesteś tego warta. Rozwój rynku na towary premium jest naturalnym krokiem dla bogacących się krajów, których obywatele albo osiągnęli już poziom zamożności, przy którym nie muszą się liczyć z wydatkami np. na zakupy spożywcze. Albo też są mocno aspirujący, a więc kupując określone produkty, poprawiają swój prestiż w oczach własnych i  innych. Nie da się ukryć, że jako społeczeństwo stajemy się coraz zamożniejsi, zaś jako konsumenci – coraz bardziej wyrafinowani. I to nawet mimo szalejącego wokół – podobno – kryzysu.

Świąteczne Życzenia!!

grudzień 24, 2009, czwartek

Dużo rodzinnego ciepła, dużo wolnego czasu, wiele spokoju, obfitości, życzy swym Czytelnikom gospodarz bloga ;-)

PS. Do 8 stycznia jestem na urlopie, więc również wszelkiej pomyślności w 2010 r.

Prezentowe odliczanie.

grudzień 16, 2009, środa

W internecie trwa odliczanie. Do kiedy musisz u nas zamówić, aby dostać przesyłkę przed Gwiazdką? Zarobią na tym firmy kurierskie. A Poczta Polska – na własne życzenie – nie.

Sieć Euro zrobiła z dobrej logistyki atut

Święta to dla e-handlu czas szczególnie napięty. Takie sklepy internetowe jak na przykład Merlin, Empik.com, sprzedawcy zabawek czy kosmetyków na Allegro w ciągu kilku listopadowo-grudniowych tygodni wypracowują połowę rocznego obrotu. Nic więc dziwnego, że przygotowania do Bożego Narodzenia w firmach zajmujących się e-handlem „na poważnie” zaczynają się już wiosną.

Niby cała procedura jest prosta. Internauta klika, towar z półki wędruje do pudła. W międzyczasie załatwia się kwestię płatności (przelew przed lub zapłata kurierowi), drukuje fakturę, nalepkę z adresem i … poszło w Polskę. Oczywiście sprawa komplikuje się znakomicie, gdy taką samą operację próbuje wykonać jednocześnie kilka tysięcy osób, a tak właśnie – jak kiedyś opowiadał mi Zbigniew Sykulski, jeden z twórców Merlina – wygląda to w największym polskim e-sklepie. Nowe zamówienie spływa wtedy co kilka sekund, zatrudnienie wzrasta dziesięciokrotnie, a w świat wychodzi ponad 100 tys. paczek.

W tych kilku krytycznych dniach wszystko musi więc być zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. Po stronie firm kurierskich również, wymaga to mobilizacji wszystkich sortowni, kierowców, samochodów. I nie jest tajemnicą, że niektóre największe firmy kurierskie na kilkanaście dni przed Gwiazdką po prostu przestają przyjmować zamówienia.

Licznik na Empik.com

Kto jednak dobrze dopnie logistykę, może zebrać premię i  zyskać klientów. Z gwarancji – jeśli klikniesz teraz, dostarczymy przed Świętami, można uczynić atut, o czym najlepiej świadczy internetowa kampania sieci sklepów Euro RTV/AGD. Obserwując więc spokojnie (moje prezenty dotarły kilka dni temu) liczniki tykające na stronach myślę sobie o tym, jak wielki postęp w udało się w tej dziedzinie uczynić. I jak bardzo odstaje od tego standardu – w dużej mierze na własne życzenie – Poczta Polska. Bo większość firm, które gwarantują dostawę nawet kilka dni przed Wigilią nie zająka się nawet, że korzysta z usług narodowego przedsiębiorstwa pocztowego. Tak to nasz monopolista, przygnieciony przerostem zatrudnienia, żądaniami związkowców, coraz gorzej odnajduje się w rynkowej rzeczywistości.

Co to jest WULV?

listopad 10, 2009, wtorek

Te cztery litery mogą nam powiedzieć, jaki jest charakter trwające kryzysu gospodarczego.

W poprzednim wpisie wspomniałem o wciąż niejasnej przyszłości światowej gospodarki. Wyznawcy giełdowych analiz technicznych od zawsze wpatrują się w giełdowe wykresy, usiłując wyczytać z nich przyszły kurs akcji. Jak się okazuje, ta ich metoda może nam posłużyć również do opisania charakteru trwającego kryzysu gospodarczego. Teoria ta zwana jest również, w nieformalnych rozmowach ekonomistów, tzw. WULVem. Mówiąc najkrócej – jeżeli narysujemy sobie krzywą wzrostu PKB (produkcji, giełd) dowolnego kraju (regionu czy świata), to jest ona linią, do której przy pewnej dozie wyobraźni można dopasować kształt litery. Mamy więc:

strong>Literę V, czyli krótki kryzys, w którego przypadku dołek mieliśmy w na wiosnę tego roku. Kryzys opisywany literką V charakteryzuje się silnym szybkim spadkiem, ale później równie silnym wybiciem. Można powiedzieć, że wykres indeksu WIG20 w ostatnich miesiącach dobrze opisuje załamanie o charakterze „V”.

Inny scenariusz, tym razem opisywany literką U, to znacznie dłuższa recesja. W tym przypadku mamy do czynienia z gwałtownym spadkiem, potem długim czasem dołowania (nawet kilka lat). Dopiero potem następuje wyraźna poprawa sytuacji.

Jest wreszcie scenariusz niepożądany, czyli kryzys w kształcie litery L. Taki przebieg recesji byłby najbliższy odczuciom tych ekonomistów i filozofów, którzy twierdzą że oto kapitalizm się wypalił, że nadmierny kredyt – będący ostatnim motorem wzrostu i napędzania konsumpcji – się wyczerpał, a teraz pozostanie stagnacja, w porywach lekki wzrost organiczny. Recesja L byłaby dla nas groźna, bo de facto oznacza gwałtowny spadek i pozostanie na wiele lat na tym samym, wciąż dla Polaków nie najlepszym, stopniu rozwoju.

Pozostaje mieć nadzieję, że L-recesja nas nie czeka. To oczywiście najłatwiej będzie ocenić za kilka lat. Na krótką metę, na dziś, większość wykresów świadczących o kondycji gospodarki - a w szczególności już wykresy giełdowe, które uznaje się za pewną prognozę nastrojów inwestorów co do przyszłości – najbardziej przypominają literę W. Czyli wzloty i upadki.

Pobite szklanki

listopad 1, 2009, niedziela

Ekonomiści podzieli się dziś na tych, którzy uważają, że światowa gospodarka jest szklanką na pół pustą, na pół pełną oraz tych, którzy uważają, że już dawno została roztrzaskana.

Znów rzucam okiem na ostatnie, zimowe wpisy na blogu i staram się ułożyć to, co wydarzyło się w światowej gospodarce do dziś. Niby najgorsze już za nami, niby prognozy są coraz lepsze. Grupa najbardziej uprzemysłowionych państw G20 jeszcze we wrześniu ogłosiła, że kryzys został przezwyciężony, a szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego widzi poważne możliwości poprawy koniunktury już w przyszłym roku.

Nawet sami bankowcy, którzy po ostatnich dwóch latach doświadczeń nauczyli się mocno ważyć słowa i nie szarżować z obietnicami, wykazują jakby ostrożny optymizm (tu wywiad z prezesem Citigroup na nasz region świata).

Trudno jednak jednoznacznie odpowiedzieć, czy nie jest to przypadkiem optymizm przedwczesny. Wciąż mamy powody do niepokoju, a na imię im inflacja, zadłużenie krajów i bezrobocie (o sytuacji z pracą obszerniej tutaj) oraz zasadnicze pytanie – co powinno być motorem dalszego wzrostu gospodarki, w której wciąż brakuje pieniędzy i popytu ze strony zniechęconych konsumentów. Zeszły tydzień przyniósł niezwykle optymistyczne dane z USA. Kraj, od którego obecne kłopoty gospodarcze się zaczęły, jest jakby busolą – wszyscy patrzą, czy za Oceanem się poprawia. Statystycznie tak – po raz pierwszy od roku wzrost PKB USA wzrósł (i to aż o 3,5 proc.), zaś krzywa produkcji przemysłowej poszła w górę po raz pierwszy od października 2006 r. (i to znacznie).

Eksperci jednak szybko ostudzili entuzjazm przypominając, że tak naprawdę ten wzrost może być tylko rodzajem kreatywnej księgowości, sztucznym pobudzaniem ekonomii przez różnorodne rządowe programy pomocy (np. dopłaty do nowych aut, pobudzanie konsumpcji). A programy rządowe już wkrótce się kończą.

Nad wszystkim ciążą dodatkowo przepowiednie takich ekonomistów jak Nouriel Roubini – ekonomisty, który trzy lata temu przewidział i dokładnie początki tego kryzysu – a pisze on, żeby nie popadać w samozadowolenie, bo recesja w USA jeszcze się nie skończyła, zaś kryzys wciąż może jeszcze powrócić.
Ważkie pytanie „co dalej” pozostaje więc drażniąco aktualne. Trafiłem ostatnio na ciekawą teorię, która co prawda nie daje na nie odpowiedzi, ale prosto i klarownie opisuje dalsze możliwe scenariusze wydarzeń. Opiszę ją przy następnej okazji, a dziś uchylę tylko, że kryje się pod czteroliterowym skrótem WULV.

Nowy serwis, nowy blog

październik 27, 2009, wtorek

Rusza odświeżona strona naszego Tygodnika, warto również, abym ja obudził się z uśpienia.

Przede wszystkim przepraszam – tych wiernych czytelników, którzy różnymi kanałami (GG, maile, blip) dawali mi do zrozumienia, że zarzucenie bloga jest złym rozwiązaniem. Wytłumaczenie mego – karygodnego oczywiście – zaniedbania będzie niestety standardowe i prozaiczne: za mało czasu, za dużo obowiązków. Moje zamilknięcie było również związane z małą rewolucją w życiu prywatnym – w czerwcu urodziła się nam druga córeczka. Kalinka jest zdrowym i wspaniałym dzieciakiem, a cała rodzina dosłownie oszalała na jej punkcie.

Odrobina prywaty: moje wspaniałe córki (od lewej Kalina, 5 miesięcy i jej starsza siostra Klara, lat 4 i pół)

W tych dniach rusza jednak odświeżona strona Tygodnika „POLITYKA” (w której powstaniu też pewien udział mam ;-) i pomyślałem, że warto po raz kolejny w życiu podjąć męską decyzję, powracając do aktywności blogowej.

Poprzedni mój wpis pochodzi z połowy lutego i nosi znamienny tytuł „W oku cyklonu”. Spojrzenie na niego daje już na wstępie bardzo ciekawą perspektywę. Gdy osiem miesięcy temu pisałem że – oto Europa Środkowo-Wschodnia, cały nasz region, znalazły się na chwilę na czołówkach gospodarczych. Zdaje się, że światowi inwestorzy wpadli na chwilę w panikę. Podejrzewają, że oto nasz region jest kolejnym, po USA, Islandii, Ukrainie, w którym w sposób dotąd niespodziewany, zogniskuje się światowy kryzys gospodarczy – sytuacja wyglądała groźnie. Dziś, z ponad półrocznej perspektywy zdaje się, że punkt kulminacyjny kryzysu mamy już za sobą. Jeżeli światową gospodarką nie zaczną wstrząsać jakieś konwulsyjne wydarzenia, sytuacja powinna powoli się stabilizować. Po rozmowach z ludźmi biznesu wiem, że ich nastroje w okresie luty-czerwiec wyraźnie siadły. Najpierw – bo na giełdach dramat, bo złotówka poleciała na łeb, bo banki wycofywały finansowanie. Potem – w czerwcu i lipcu – gdy zaczęły spływać kiepskie wyniki finansowe za pierwsze półrocze.

Miesiące sierpień-wrzesień to jednak już jakby czas poprawy, wychodzenia z szoku. Zmienił się też ton doniesień medialnych i nagłówków. Więcej jest w nich optymizmu. Oby więc nam się udało.
I tym optymistycznym witam Państwa ponownie. Obiecuję że postaram się, aby ta wspaniała platforma kontaktu z Czytelnikami na nowo zaczęła żyć ;-)

PS. Niedawno uruchomiłem też swój kanał na serwisie społecznościowym Blip. Można go znaleźć tutaj lub wpisując w przeglądarce adres: http://piotrstasiak.blip.pl/

W oku cyklonu

luty 19, 2009, czwartek

Co tak naprawdę zdarzyło się w polskiej gospodarce w ciągu ostatnich dwóch dni?

Na pierwszy rzut oka – nic. Nie pojawiły się żadne dramatyczne dane, choć oczywiście analitycy wskazują na spadek produkcji przemysłowej, załamanie eksportu, co zapewne wyhamuje naszą gospodarkę. Warto jednak zacytować spokojny i wyważony komentarz z portalu bankier.pl: Tyle że danych makro napływających z Polski pozazdrościłby niejeden kraj – np. w Japonii grudniowa produkcja przemysłowa spadła o 20% r/r, a południowokoreański eksport zmniejszył się o jedną trzecią. Na tle państw europejskich czy USA dynamika polskiego PKB nawet w najczarniejszym scenariuszu (-0,5% r/r autorstwa ekonomisty z Danske Banku) wygląda wręcz rewelacyjnie. Również deficyt w handlu zagranicznym prezentuje się dużo lepiej niż w przypadku wielu państw rozwijających się.

A jednak wczorajszy dzień na giełdach i rynkach finansowych to już była prawdziwa panika. Dolar dochodził do 3,91 zł, euro zbliżało się do granicy 5 zł, a frank szwajcarski przekroczył 3,30 zł. Jeżeli waluta w ciągu kilku dni traci 20-30 groszy, a giełda załamuje się o 10 proc., można już mówić o krachu i strachu. A więc natychmiast pojawiły się głosy, aby rząd Tuska „coś zrobił”. Rzeczywiście – seria uspokajających komentarzy przedstawicieli władz – najpierw Zbigniewa Chlebowskiego (że wejdziemy do strefy euro zanim zostanie zmieniona konstytucja), potem premiera Tuska, wreszcie samego Ministra Finansów dziś w Sejmie, przywróciły spokój na rynkach. Sytuacja właściwie wróciła do stanu z poniedziałku (swoją drogą – taka histeryczna huśtawka bywa zazwyczaj szczytowym momentem trendu, czyli hossy lub bessy).

Co jednak stało się naprawdę? Wielce prawdopodobna jest kulminacja spekulacyjnych ataków na złotówkę – zbyt wielu globalnych graczy obstawiło spadek naszej waluty, testując przy okazji jej wytrzymałość oraz wytrzymałość naszych polityków. Trudno powiedzieć, na ile przeważająca była deklaracja Ministerstwa Finansów, że ruszy na pomoc złotówce, wymieniając na rynku euro z funduszy unijnych. Media trochę na wyrost nazwały to interwencją, bo z całym szacunkiem, ile tych pieniędzy mogło być w porównaniu z globalnym kapitałem?

Co najwyżej Minister Rostowski zrobił w naszym imieniu bardzo dobry interes, wymieniając posiadane euro po bardzo korzystnym kursie. Podobnie jak tysiące Polaków, którzy ustawili się w ostatnich dniach w kolejki pod kantorami. Z pracy za granicą przywieźli euro i funty, ale wstrzymali się z ich wymianą ze względu na bardzo słaby kurs, który mieliśmy jeszcze w ostatnie wakacje. Teraz sprzedali je po okazyjnej cenie. Minister Rostowski postąpił więc podobnie, dzięki czemu teraz będzie trochę więcej środków na budowę dróg i inne inwestycje infrastrukturalne. Nie da się jednak przecenić psychologicznego wpływu na rynki – rząd dał jasny sygnał spekulantom, że nie mogą liczyć na wieczne osłabianie się złotówki.

Ważne jest jednak drugie dno – oto Europa Środkowo-Wschodnia, cały nasz region, znalazły się na chwilę na czołówkach Financial Timesa, gospodarczych dzienników telewizyjnych i serwisów agencyjnych. Zdaje się, że światowi inwestorzy wpadli na chwilę w panikę. Podejrzewali, że oto nasz region jest kolejnym, po USA, Islandii, Ukrainie, w którym w sposób dotąd niespodziewany, zogniskuje się światowy kryzys gospodarczy. Przez chwilę mogliśmy się więc poczuć jak w oku cyklonu. Wykresy giełd i walut oderwały się od realiów, a zaczęła działać czysta psychologia. Na razie pierwsze uderzenie udało się przetrwać, ale ponieważ chwilowo na rynkach emocje biorą górę, od odpowiedzialności naszych polityków będzie zależało, czy i jak szybko chmury się rozwieją.

Po co to euro?

luty 17, 2009, wtorek

Przeczytajcie, jeśli uwierają was rosnące kursy franków szwajcarskich.

Narodowy Bank Polski wydał z dawna oczekiwany raport o konsekwencjach przystąpienia Polski do strefy Euro i zmiany naszej narodowej waluty. Konia z rzędem temu, kto przez niego przebrnie w całości. Mniej cierpliwym polecam kluczowe aspekty zawarte w prezentacji z konferencji prasowej. Raport jest niejednoznaczny, a przez to bardzo fajny, bo pokazuje większość plusów i minusów, a wniosek każdy może sobie wyciągnąć sam.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na opisane w raporcie korzyści, które autorzy podzielili na bezpośrednie i pośrednie. Większość z nich jest znana, bo przewijają się w debacie od dawna (m.in. brak ryzyka kursowego dla firm handlujących z zagranicą, co z punktu widzenia sytuacji złotówki w ostatnich tygodniach może mieć, jak widać,  kapitalne znaczenie). Druga korzyść bezpośrednia, odczuwalna od razu po wprowadzeniu euro, to obniżka stóp procentowych (zarówno w przypadku kredytów dla ludności, co dla przedsiębiorstw). Oba te elementy mogą, zdaniem autorów raportu, pozytywnie odbić się na przyroście polskiego PKB (o ok. 0,7 proc. rocznie, w długim okresie o ok. 7,5 proc. łącznie). Warto jednak przyjrzeć się bliżej korzyściom pośrednim, które autorzy definiują jako potencjalne, mające charakter szansy, a przez to również trudne do oszacowania. Wśród nich mamy m.in. dostęp krajowych przedsiębiorstw do światowego rynku kapitałowego, wzrost konkurencyjności Polski, wzrost handlu i inwestycji oraz stabilności i wiarygodności naszej gospodarki.

Szczególnie ostatni punkt dobrze współbrzmi z wydarzeniami ostatnich tygodni oraz z obserwowanym spektakularnym i chyba jednak nieuzasadnionym głębokim spadkiem kursu złotówki. Wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z odruchem stadnym światowych inwestorów, którzy problemy z wypłacalnością Węgier i Ukrainy z automatu rzutują na wszystkie kraje z naszego regionu. Do tej fali wycofywania kapitału, na której cierpią giełdy i waluty, podłączają się jeszcze zapewne fundusze spekulacyjne, które usiłują na całym zamieszaniu coś ugrać. Dramatyczny wzrost kursu dolara, euro i franka szwajcarskiego w ostatnich tygodniach udowadnia nam, że w globalnym świecie finansowym posiadanie lokalnej waluty, podatnej na spekulacyjne ataki, może być tyleż powodem do dumy, co i trosk.

Emerytury do remontu

luty 16, 2009, poniedziałek

Czy rządowe plany sprawią, że w przyszłości będziemy mieli wyższe emerytury?

W styczniu wypłacono w Polsce pierwszą emeryturę według nowych zasad, obowiązujących po reformie przeprowadzonej w 1999 r. przez rząd Buzka. 60-letnia warszawianka otrzymała łącznie 917,8 zł, z czego z drugiego filaru – otwartych funduszy emerytalnych – całe 23 złote i 65 groszy. Ta ciekawa wiadomość błyskawicznie obiegła wszystkie media, wywołując oburzenie przyszłych emerytów. Na nic zdały się tłumaczenia ekspertów, że świeżo upieczona emerytka pieniądze na indywidualnym koncie w OFE odkładała zaledwie kilka lat, więc siłą rzeczy uzbierana kwota nie mogła być zawrotna.

Nie chciałbym się teraz wdawać w polemiki, czy obowiązkowy system zabezpieczeń społecznych i emerytalnych jest słuszny, czy nie (w tej sprawie zachęcam komentujących ;-). Nie da się jednak ukryć, że zarządzający OFE w ostatnich latach dali popis niekompetencji. Gdy kursy akcji notowały rekordy, inwestowali mnóstwo pieniędzy w akcje i szczęśliwi patrzyli na papierowe zyski przyszłych emerytów. Teraz, gdy indeksy dołują, panowie z OFE rozkładają ręce i tłumaczą, że nie dało się tego przewidzieć. Nikt jednak nie pomyślał, aby w porę choć częściowo ograniczyć zaangażowanie kapitału przyszłych emerytów w akcje. W efekcie zgromadzone w OFE oszczędności przyszłych emerytów stopniały w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy o ponad 1/3. Trudno, system mamy jaki mamy, a proponowane przez niektórych polityków próby jego wywrócenia (tj likwidacji OFE i wrzucenia znów wszystkiego do ZUS) mogą spowodować chaos i jeszcze więcej szkód.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdy pracujący dziś 20-30-latkowie będą odchodzić na emerytury, zapewne nie będzie im do śmiechu. Na niedawnej konferencji zorganizowanej przez Business Centre Club prof. Maciej Żukowski, rektor Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, podkreślił, że choć stworzony w Polsce system jest nowoczesny, kiepsko zabezpiecza na starość. Dla sporej części społeczeństwa przyszłe emerytury będą z pewnością zbyt małe, tak że będą musieli korzystać z pomocy społecznej. Według wyliczeń Żukowskiego - przeciętnie zarabiający emeryt w 2005 r. mógł dostać ok. 3/4 swoich ostatnich zarobków, podczas, gdy w 2050 r. - z obu filarów będzie mógł liczyć na ok. 44 proc. zarobków. To przypomina niestety, że reforma emerytalna, którą przeprowadzono w Polsce 10 lat temu, wcale nie miała służyć podniesieniu przyszłych świadczeń ubezpieczonych. Chodziło przede wszystkim o zabezpieczenie systemu finansowego państwa przed całkowitym załamaniem, które groziło mu z powodu ciągle rosnącej liczby emerytów i coraz mniejszej liczby rodzonych dzieci.

Na tym tle trudno się dziwić, że rząd proponuje zmniejszenie prowizji pobieranych przez zarządzających funduszami (to już wywołuje protesty OFE i oklaski ich klientów). W rządowym projekcie znacznie ważniejsze jednak aby zróżnicować konta w OFE w zależności od wieku oszczędzających. Młode osoby będą mogły wybierać agresywniejszą strategię, tak aby zwiększając ryzyko zwiększyć potencjalne zyski. Z kolei im bliżej osiągnięcia wieku emerytalnego, tym mniej ryzykowna będzie strategia OFE – tak aby zminimalizować ryzyko wyparowania całej emerytury, w razie gdyby nastąpiło załamanie na giełdach. To słuszne propozycje, które pozwolą wycisnąć maksimum z istniejącego systemu.

O-O-pcje i słaby złoty

luty 12, 2009, czwartek

Dlaczego słabnąca złotówka pomoże nam przetrwać kryzys.

Gdy kilka miesięcy temu zbierałem materiały do artykułu o konsekwencjach rekordowo silnej złotówki, nawet najstarsi górale, o analitykach finansowych nie wspominając, nie spodziewali się tak gwałtownego odwrócenia kursu naszej waluty. Gdy frank spadł poniżej psychologicznej bariery 2 zł, dolar otarł się o 2,02, a euro dołowało do 3,20, co śmielsi mówili o możliwej kilkumiesięcznej korekcie rzędu 10-20 proc. w górę. Dziś mamy już spadek wartości naszej waluty o ponad 30 proc. i kilkugroszowe skoki na co dzień. A eksperci wieszczą – ta jazda szybko się nie skończy.

To powoduje poważne konsekwencje. Przede wszystkim dla tych, którzy zaciągnęli kredyty we frankach szwajcarskich. I doskonale rozumiem ich wściekłość, gdy widzą co miesiąc rosnące raty (rada na szybko – raczej nie dać się zwariować i nie zamieniać na złote po takim kursie). Na otarcie łez pozostaje świadomość, że kredyt w CHF jest wciąż relatywnie nisko oprocentowany.

Znacznie większe problemy mają przedsiębiorcy, którzy postanowili zagrać z kursem walutowym w pokera i wykupując opcje walutowe chcieli zyskać na umacniającej się złotówce. Gdy kurs się załamał, wpadły w poważne tarapaty. A dziś chcą, aby rząd ich ratował, a nawet pozwolił im wycofać się z niekorzystnych umów. Problem dotyczy już setek, jeśli nie tysięcy firm, które notują łącznie idące w miliardy zł straty. Trochę trudno mi uwierzyć w płacze pana Jakubasa, że biedni prezesi nie wiedzieli, co robią ich księgowi, a okropne banki wykorzystały naiwność przedsiębiorców. Trzeba sobie powiedzieć szczerze – wielu biznesmenów doskonale wiedziało, że to ryzyko, ale opcje przez jakiś czas były znakomitą maszynką do robienia pieniędzy („jest interes do zrobienia…”). Szefowie firm podpisując umowy nie mieli na tyle wyobraźni, aby przewidzieć skutki odwrócenie kursu. Podobnie jak kredytobiorcy hipoteczni, którzy nie mogli sobie wyobrazić, o ile wzrośnie rata i pożyczona suma, gdy CHF zdrożeje z 2 do 3 zł. Tyle tylko, że kredytobiorców nikt jakoś ze spłaty kredytów zwolnić nie ma zamiaru…

Rząd jest w kropce, bo sprawa opcji pogrąży albo przedsiębiorców, albo bankowców. Bankowcy będą się bronić – bo jeśli firmy wycofają się z umów, to oni będą musieli pokryć straty. Skończy się to pewnie obopólnym kompromisem – część firm odpokutuje za opcje, przez lata spłacając dług wobec banku. Inni – trudno, zaboli – upadną. Swoją drogą – czy ktoś się spodziewał – że naszą gospodarkę, zdaje się całkiem odporną na kryzys, dotknie on ze strony opcji walutowych, o których jeszcze pół roku temu mało kto słyszał? Powiedzenie Donalda Rumsfelda o nieznanych nieznajomych dobrze tu pasuje.

Spójrzmy jednak na pozytywne strony całej sytuacji. Po upadłych pozostaną przecież ludzie. Niektórzy rzutcy i biznesowo sprawni – szybko założą nowe firmy, nieobciążone błędami przeszłości, a przy tym mądrzejsze o doświadczenie poprzedników. Gdy w krajach Zachodniej Europy recesja się rozkręca – dzięki taniej złotówce zyskujemy niezwykły atut – produkowane przez nas towary będą miały bardzo konkurencyjne ceny. W ten sposób wiele branż może przeżyć rozkwit, porównywalny do tego, jaki zanotował np. nasz przemysł spożywczy w 2004 r. Gdy Europa będzie potrzebowała tanich produktów – my im je dostarczymy.

Pamiętajmy też, że drogie euro to więcej pieniędzy na inwestycje finansowane z kasy Unii Europejskiej.